Trudna walka o życiówkę

W ostatnim półmaratonie poznańskim biegli też mieszkańcy gminy Suchy Las. Niektórzy z nich zagrali na mecie koncert, inni modlili się o deszcz, a jeszcze inni dostali gazem po oczach…

Koncertowo pobiegł najszybszy muzyk w naszej gminie, czyli Jacek Mejer „Mezo”, który wybiegał piękny czas 1:18:54. A startował jak zawsze w barwach Drużyny Szpiku.
– Słyszałem, że niektórzy biegacze narzekali na tłok i pogodę, ale dla mnie słońce i lekki wiatr to pogoda idealna, a przy moim tempie nie miałem powodu narzekać na tłok – zwraca uwagę Mezo. – Czułem silną presję na wynik, bo wydałem właśnie płytę pt. „Życiówka”, głupio byłoby więc nie zrobić życiówki – tłumaczy ze śmiechem. – Ostatni kilometr to była walka, bo ostatecznie okazało się, że urwałem tylko 15 sekund.

Modlitwa o deszcz
Ledwie Mezo wpadł na metę, już się musiał szykować do koncertu, który zagrał dla innych biegaczy w hali na terenach MTP.
– Śpiewałem w stroju biegowym, z medalem na szyi, cały czas na lekkiej głupawce i w pobiegowej euforii – wyjawia. – Dopiero godzinę, dwie po zawodach poczułem zmęczenie.
W czasie koncertu na metę wpadali kolejni biegacze, którzy mieli już pewne powody do narzekania.
– Nie lubię słońca na zawodach, wręcz modliłam się o deszcz – przyznaje Ewa Korek, sołtys Złotnik Wsi. – Na szczęście zabrałam czapkę z daszkiem. Ubrałam się też odpowiednio lekko, ale widziałam, że wielu, chyba zbyt grubo poubieranych ludzi, po prostu mdleje… Martwiłam się o siostrę, która wystartowała po raz pierwszy i biegła gdzieś za mną…
Na pogodę nie mamy wpływu, ale przy dużej liczbie zawodników ważne jest odpowiednie poprowadzenie trasy. Przynajmniej na jej początku ulice nie powinny być zbyt wąskie.

Korek w korku
– Ja na Roosevelta stałam w korku, trudno się było zresztą rozpędzić aż do Cytadeli – macha ręką pani Ewa. – Za to potem fajnie było zobaczyć z górki tysiące ludzi rozciągniętych w wężu długim na całe kilometry.
Końcówka półmaratonu oznacza oczywiście zmęczenie. Ważne jest wtedy znalezienie odpowiedniej motywacji.
– Na ogół myślę wtedy o tych wszystkich zawistnikach, których ucieszyłaby moja porażka – śmieje się nasza rozmówczyni. – Tym razem jednak chciałam szybko dobiec do mety i wrócić po siostrę. Ona jest osobą niepełnosprawną, ma słaby wzrok.
Plan się jednak nie powiódł, bo kiedy Ewa Korek wpadła na metę z czasem 2:16:26 i z mocnym postanowieniem, że tylko odda czip, napije się wody, coś zje i wróci, niespodziewanie ugrzęzła w gęstym tłumie, który wypełniał halę.
– Kiedy wolontariusze pomogli mi wyjść na dziko i przeskoczyłam barierkę, ujrzałam akurat siostrę wbiegającą na metę – opowiada pani sołtys. – Byłam z niej taka dumna! Ja swój pierwszy półmaraton pobiegłam w dwie godziny 38 minut, spodziewałam się, że ona pobiegnie w dwie godziny 50 minut, a jej to zajęło dwie godziny 32 minuty!

Nerwowy policjant
Karolina Rzeźnik z klubu Vege Runners przyjechała na półmaraton aż z Niemiec.
– Słońce przypiekało, ale biegło mi się dobrze – wspomina. – Czasem przeszkadzały zbyt wąskie ulice. Przy tak dużej liczbie biegaczy oznaczało to, że trudno było walczyć o życiówkę, bo na zakrętach trzeba było iść…
Pani Karolina chwali za to kibiców i wolontariuszy, którzy jak zwykle nie dali plamy. Krytykuje za to pomysł umieszczenia mety (na którą wbiegła z czasem 1:50:43) wewnątrz hali targowej.
– Trochę ugięły się pode mną nogi, bo wpadłam tam rozgrzana biegiem, a w hali osłabił mnie brak powietrza – przyznaje. – Jednak prawdziwym hitem okazał się policjant, który szarpał się z jakimś biegaczem, a w końcu potraktował go gazem łzawiącym. W hali! Stałam blisko, więc też oberwałam. Ostatecznie trafiłam do sanitariuszy z różą w ręku i medalem na szyi – wzdycha. – Niezbyt miłe zakończenie biegowej przygody, no ale cóż…

W cieniu i w słońcu
Prof. Marian Gorynia, mieszkaniec Suchego Lasu i do niedawna rektor Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu, początkowo obawiał się nie słońca, lecz chłodu.
– W nocy był przecież przymrozek – zwraca uwagę. – Jeszcze kiedy jechałem na start, termometr wskazywał 3,5 stopnia. W efekcie ubrałem się trochę za ciepło. Jeszcze na starcie w cieniu było mi za zimno, a w słońcu akurat, ale kiedy pobiegliśmy, już na Roosevelta zacząłem się przegrzewać. Jeszcze bardziej gorąco mnie zwarzyło podczas podbiegu na Hetmańskiej. Pewnie dlatego miałem minutę straty w porównaniu ze swoim czasem sprzed roku, kiedy padało. Dopiero na końcówce na Grunwaldzkiej zacząłem znów odrobinę marznąć, bo wiał wiatr.
Nasz rozmówca chwali natomiast metę w hali i finisz na czerwonym dywanie.
– W strefie mety nie błądziłem, poruszałem się razem ze strumieniem ludzi i trafiłem wszędzie, gdzie trzeba – podkreśla. – Być może to dlatego, że dotarłem na metę przed największym tłumem. Uważam jednak, że Międzynarodowe Targi Poznańskie mają świetne warunki do organizowania takich imprez – chwali.

Petarda w nogach
Zadowolona jest też Wiesława Prycińska, która biegła razem ze swoim mężem Krzysztofem. Przypomnijmy, że oboje prowadzą w Suchym Lesie kawiarnię Cafe Szkolna 16.
– Może było na początku ciut za wąsko, ale trudno poprowadzić idealną trasę dla 11 tys. ludzi – zwraca uwagę. – Pogoda była idealna, ciepło, ale nie upalnie. Owszem, trochę się zgrzałam, ale z własnej winy, bo ubrałam się za ciepło.
Pani Wiesławie nie udało się zrobić życiówki, wybiegała z mężem 1:54, ale uważa, że jak na swoje przygotowania, i tak miała niezły wynik.
– Krzysiek miał petardę w nogach i pewnie wybiegałby życiówkę, ale nie chciał mnie zostawiać – podkreśla. – Stwierdził, że to i tak bieg treningowy.
Nasza rozmówczyni dodaje, że półmaraton poznański warto pobiec z uwagi na świetnych kibiców i fajne koszulki, ale tak naprawdę znudziły jej się już biegi uliczne.
– Teraz wolę biegać w górach, choć tam bywa naprawdę wąsko, a poza tym zdarza się błoto i grad – śmieje się.

Malta lepsza
Damian Torba startował w zgranym teamie – razem z Aleksandrą Turkowiak i Rafałem Urbaniakiem. Wszyscy z Urzędu Gminy w Suchym Lesie.
– Biegło mi się dobrze, bo trasa szybka – chwali pan Damian. – Zrobiłem życiówkę – 1:53:13.
Mogłoby być jeszcze lepiej, gdyby nie lekki zator na początku trasy…
– Myślę, że limit nie powinien być większy niż 8 tys. zawodników – zastanawia się nasz rozmówca. – Wtedy ulice nie byłyby aż tak zatłoczone.
Pan Damian narzeka też na tłok w hali na mecie, gdzie miał problemy ze znalezieniem rodziny.
– Rozległe tereny wokół Malty były jednak o wiele lepszym miejscem na strefę mety – ocenia.
Rafał Urbaniak uśmiechnął się tylko w odpowiedzi na nasze pytanie o życiówkę.
– Biegam rekreacyjnie, nie dla rekordów – wyjaśnił. – A impreza mi się podobała, jak zawsze. Nie narzekam na tłok, cieszę się, że było dużo ludzi, pogoda też mi odpowiadała. Tylko metę wolałbym jednak na otwartym terenie, no i ubiegłoroczna trasa była jednak ciekawsza…

Krzysztof Ulanowski