M. Sobczak: Najważniejsze są dla mnie emocje

Kiedyś pracowała w korporacji. Rzuciła ją na rzecz miłości – fotografowania. Potrafi powiedzieć „nie” pewnym rzeczom, aby mogło zadziać się to, co jest dla Niej najbardziej Jej i prawdziwe. Śpiewa. Walczy też z chorobą. Artystka – Małgorzata Sobczak w rozmowie z Dominiką Narożną.

Kiedyś pracowała Pani w korporacji, dziś prowadzi Pani własną działalność gospodarczą w zakresie fotografii. Jak do tego doszło?
Kiedy spoglądam wstecz z perspektywy lat, to myślę, że tak po prostu miało być. Natomiast czynników, które do tego doprowadziły, było kilka. Po pierwsze, samo moje funkcjonowanie w korporacji było poniekąd przypadkiem, który siłą rozpędu zamienił się na prawie 10-letnią przygodę. Nigdy jednak nie czułam, że jestem na właściwej drodze pracując w biurze. Ani moje wykształcenie, ani zainteresowania nie miały tam żadnego odzwierciedlenia. Zdjęcia natomiast zawsze towarzyszyły mi w życiu, fotografowałam przy okazji wyjazdów i podróży. Kiedy na studiach spotkałam swojego obecnego męża, to moja pasja zaczęła się rozwijać. To właśnie on pokazał mi ciemnię fotograficzną i zachęcał do poszukiwań, eksperymentów. Życie jednak potoczyło się tak, że praca etatowa wygrała i zabrakło czasu na myślenie o fotografii w formie zarobkowej Nadal jednak robiłam kolejne kursy i szkolenia. Ponieważ od kilkunastu lat choruję przewlekle na rzadką chorobę autoimmunologiczną, to w mój życiorys wpisane były też przerwy na leczenie i szpital. Kiedy w grudniu 2015 roku musiałam po raz kolejny zawalczyć z chorobą, pojawił się kryzys, zmęczenie i jednocześnie przestrzeń na poszukanie czegoś innego. Dałam sobie czas, aby zastanowić się, czy dalej chcę iść tą ścieżką, czy jednak nie. Powiedzmy, że korporacja, w której pracowałam, ułatwiła mi decyzję. I tak w jesienią 2017 roku założyłam firmę, która działa do dziś. W tym roku obchodzę 5-lecie własnej działalności, z czego jestem niesamowicie dumna.

Od zawsze pasjonuje się Pani fotografią?
Tak, jak wspomniałam, zdjęcia były w moim życiu chyba zawsze, ale w przestrzeni prywatnej. W fotografii podróżniczej, w makro fotografii czy fotografii kulinarnej, którymi bawiłam się od lat. Natomiast miałam duże opory, aby fotografować ludzi. Była we mnie jakaś blokada. Dopiero z rozwojem własnym oraz firmy się to zmieniło. Pamiętam początki moich działań, pewnie podobne u wielu fotografów – czyli „wypożyczanie” znajomych do sesji bądź ich dzieci. U mnie akurat były to dzieci… Jak się z czasem okazało, zdecydowanie lepiej czuję i rozumiem dorosłych. I najbliższa jest mi fotografia portretowa. Więc ścieżka się wyklarowała sama. Natomiast pasja została we mnie pomimo rozwoju firmy. Ja patrzę na świat przez obiektyw, nawet jeśli go nie mam. Musiałam się jednak nauczyć, że pewnych rzeczy nie chcę robić, że pewien rodzaj fotografii nie jest dla mnie. Uważam, że do tego trzeba czasu, samoświadomości i takiej małej odwagi, aby czasami powiedzieć „nie” pewnym rzeczom, aby mogło zadziać się to, co jest najbardziej nasze i prawdziwe. Zresztą zmiana pracy zaowocowała także przestrzenią na inne aktywności. Pojawiło się w moim życiu tango, które zarówno fotograficznie, jak i tanecznie jest bardzo ważne. Na studiach podyplomowych z fotografii, które kończyłam w 2019 roku obroniłam się właśnie kadrami z tanga i milongi… na tyle dobrymi, że zaproponowano mi wystawę w ramach Dancing Fair Playce. Zatem jeśli jesteś w zgodzie ze sobą, to to czuć.

Fotografowanie to bardziej pasja niż zawód?
To jest bardzo dobre pytanie. Przez wiele lat powtarzałam, że pasja i nadal tak uważam. Mam jednak wrażenie, że ujmując swoją pracę w tej kategorii nie do końca pokazuję cały obraz sytuacji. Nadal wykonuję zdjęcia z taką sama radością, jak kiedyś. Więc pasja. Jednak, moja praca wiąże się z wieloma aspektami, które do pasji mają daleko. Aby firma mogła działać konieczne są marketing, księgowość, media społecznościowe, wszelkie licencje, dobra organizacja etc. I naprawdę czasami się odechciewa…a z drugiej strony robię to, co kocham, mogę się nieustannie rozwijać. Każda sesja to spotkanie z innym człowiekiem, wymiana myśli i energii. Kreacja. Zatem te mniej „ciekawe” elementy równoważy czas, kiedy jestem z aparatem.

Czym jest dla Pani fotografowanie?
Fotografowanie to dla mnie odkrywanie siebie i innych. To poszukiwanie. Zdejmowanie pewnych masek, blokad. Najważniejsze są dla mnie emocje. To one budują kadr. Jest to też spotkanie. W każdym zdjęciu jest trochę mnie i trochę osoby fotografowanej. Z jednej strony mamy moje spojrzenie na kogoś, z drugiej strony człowieka, który sam decyduje, ile chce pokazać, ile chce odsłonić – i tutaj nie mam na myśli fizyczności. Mamy zakodowane w sobie pewne wzorce zachowań… jeśli puścimy kontrolę, to nagle okazuje się, że możemy odkryć coś, co całe lata chowaliśmy – uśmiech, radość, nostalgię, spontaniczność. Możemy się polubić! I właśnie to, że ktoś inny dostrzeże naszą siłę tam, gdzie sami jej nie widzieliśmy, powoduje, że sesje stają się czasami terapeutyczne.

W jaki sposób realizuje Pani sesje? Jaka filozofia przyświeca Pani w tym zakresie?
Każda sesja ma swoje etapy i wbrew pozorom jednym z najważniejszych jest rozmowa przed sesją. Wymiana myśli. Żebym mogła zrobić dobre zdjęcia, które będą w zgodzie z osobą fotografowaną, muszę się dowiedzieć kilku rzeczy… Na czym jej zależy, gdzie wyobraża sobie zdjęcia, czy woli miasto czy wieś? Czy lubi sukienki czy jeansy?… Ffotografuję głównie kobiety, stąd przykład. Czy woli kadry kolorowe czy czarno-białe? Jaki jest cel sesji – zdjęcia dla siebie, dla męża? Zadaję pytanie, drążę, dociekam. To powoduje, że klient (głównie klientka) sam musi na nie sobie odpowiedzieć i czasami odkrywa coś nieoczekiwanego już na tym etapie. To na początek. Później proponuję miejsca, gdzie sesja może się odbyć. Ustalamy datę i godzinę. Daję wskazówki, jak się do niej przygotować, co zabrać. I spotykamy się. Dajemy sobie chwilę na kawę, herbatę, rozmowę na żywo. Sama sesja, jest też za każdym razem troszkę inna. Naprawdę to jest energia dwóch osób, które się spotykają. A każdy z nas jest wyjątkowy. Moim głównym celem jest dać zdjęcia prawdziwe, które nawet po latach będą cieszyć.

Czy fotografia może być przejawem sztuki?
Oczywiście, że tak. To jest dziedzina, za pomocą której można wiele przekazać, zmienić, powiedzieć. Zmusić do zastanowienia. Oczywiście zdjęcia komercyjne nie zawsze takie są i nie musi to być ich rola. Natomiast tak, jak wspomniałam, fotografia jako dziedzina jest tak obszerna, że możliwości jest ogrom. Przyznaję, że brakuje mi teraz czasu na projekty, które mogłabym realizować poza zlecaniami. Ale może właśnie po to padło to pytanie…? Może to ten moment, aby wejść w inny obszar projektowo…

Tworzy Pani sztukę?
Jeśli ktoś odbiera moje zdjęcia w ten sposób, to czuję się zaszczycona. Myślę, że najbliżej to treści artystycznych mają moje kadry „tangowe”, w których mogę świadomie łamać pewne zasady, stosować techniki, które kocham. Bawić się światłem, cieniem, ziarnem. Tak, to właśnie te zdjęcia, przypominające stare analogowe fotografie mogłabym zakwalifikować do sztuki. Ale póki co się nie ośmielam.

Gdzie można oglądać Pani prace?
Na stałe niestety nie mam żadnych ekspozycji. Wystawy, które się odbyły, były czasowe. Myślę, że czas pandemii trochę na to wpłynął. Mam jednak nadzieję, że to się zmieni. Ostatnia wystawa z marca tego roku „KOBIECOŚĆ” była dostępna przez cały miesiąc w City Parku w Poznaniu, później powędrowała do Puszczykowa. Na chwilę obecną trwają rozmowy o kolejnej lokalizacji. Oczywiście działam w mediach społecznościowych i posiadam stronę www (https://malgorzatasobczak.pl/), która zmieni się w najbliższym czasie. Po 5 latach jestem już w innym miejscu, niż byłam. I strona musi to odzwierciedlać.

Oprócz fotografowania śpiewa Pani? Dlaczego?
To bardzo odważny krok w moim życiu i spełnienie marzeń. Dawno temu ukończyłam szkołę muzyczną w klasie fortepianu. Ku niezadowoleniu mojej nauczycielki nie kontynuowałam tej drogi, studiowałam kulturoznawstwo. Muzyka jednak była zawsze. Moim marzeniem jako młodej dziewczynki było usiąść kiedyś przy pianinie i zaakompaniować sobie do ukochanych piosenek. Zagrać, zaśpiewać. Chorobą, z którą się zmagam (układowe zapalenie naczyń) od kilkunastu lat atakuje moje górne drogi oddechowe, w tym uszy, powodując niedosłuch. W tej chwili jest stabilnie, ale były momenty w moim życiu, kiedy zupełnie nie słyszałam, rzuty choroby. I naprawdę były to straszne chwile. Nie umiem żyć bez muzyki. Stwierdziłam więc, ze dopóki mogę, to zrealizuję moje marzenie. Trochę na przekór losowi.

Chce Pani robić karierę w zakresie muzycznym?
Myślę, że na to już za późno. Chcę jednak doświadczać muzyki, rozwijać się i realizować dalej. Kariera to słowo, które jest dla mnie bardzo subiektywne. Ale jeśli mogę spełniać się w tej przestrzeni, to będę to robić. Pianista poszukiwany (śmiech) i może wtedy nawet jakieś koncerty kameralne w pubach mogłabym dawać.

Jakie plany ma Pani na najbliższe lata? Czy jeszcze Pani może czytelników zaskoczyć?
W październiku kończę 40 lat, dość przełomowa data. Cieszę się wszystkim tym, co osiągnęłam do tej pory. Tym, że żyję po swojemu, w zgodzie z moimi zasadami. Mogę zarabiać na życie robiąc to, co kocham. Mam czas na realizowanie innych pasji. Czego sobie życzę? Rozwoju. Nieustannego rozwoju. I zdrowia.

Wszystkiego dobrego.
Dziękuję.

Rozmawiała: Dominika Narożna
Artykuł ukazał się na portalu
spoleczenstwo.com.pl