Mieszkańcy naszej gminy pobiegli dla małego Olka

Udział w Sucholeskiej Dziesiątce Fightera był w tym roku ważny nie tylko dlatego, że te zawody odbywają się w naszej gminie. Był ważny przede wszystkim dlatego, że zysk z imprezy przeznaczono na rehabilitację 10-letniego Olka, który walczy z glejakiem.

Pomimo to już na oko frekwencja wydawała się nieco niższa niż w poprzednich latach. Dlaczego?
– W tym samym dniu odbywały się biegi w Poznaniu, z okazji rocznicy 28 Czerwca 1956 – mówi prezes Mariusz Siebert z Sucholeskiego Stowarzyszenia Sportowego Fighter, organizator zawodów. – Na szczęście sporo osób zapisało się na nasz bieg już w dniu startu – dodaje.

Silna grupa z kijami
Na start zdecydowało się też wielu mieszkańców gminy, którzy dotąd nie brali udziału w sucholeskich zawodach. Na pokonanie 5 km z kijkami zdecydowali się przewodnicząca Rady Gminy Małgorzata Salwa-Haibach, radny Michał Przybylski z żoną Alicją, przewodniczący Zarządu Osiedla Złotniki Osiedle z żoną Arletą oraz nasza redaktor naczelna Agnieszka Łęcka. Z kolei autor niniejszego tekstu zdecydował się tym razem pobiec nie 10, lecz 5 km.
Jeszcze przed startem spotykamy czterech zawodników w barwach ZKP Suchy Las. Najstarszy z nich to Piotr Mleczak, kierowca autobusu, który biegać zaczął już po pięćdziesiątce.
– Za to teraz biegam maratony i ultramaratony, nawet takie powyżej 100 km – mówi. – Postawiłem nie na szybkość, lecz na kilometraż.
Sebastian Bryła też startował w zawodach (od 15 lat), ale były to piątki i dziesiątki. W barwach ZKP biegnie po raz pierwszy.
– Moja życiówka na 10 km to czterdzieści parę minut – mówi. – Teraz jednak nie nastawiam się na żaden czas.
Pozostali dwaj zawodnicy (Szymon Warkocz i Adam Popielski) to młodzi mężczyźni, którzy nie startowali dotąd w zawodach. Jak twierdzą, nie myślą o wyniku. Po prostu chcą pobiec dla przyjemności.
O życiówce nie marzy też doświadczona biegaczka Magda Mroczkowska, pracownica Castoramy. W Sucholeskiej Dziesiątce Fightera startuje już po raz czwarty. Biegnie na 5 km.
Natomiast Mariusz Kościelny, partner biegowy pani Magdy i pracownik tej samej firmy, nie ukrywa, że chciałby pokonać 5 km w czasie poniżej 30 minut.
– Z tym chyba nie będzie trudności? – uśmiecham się.
– Nie wiadomo, wszystko zależy od mojego kolana – mężczyzna pokazuje mi ortezę na stawie. – Moja życiówka na piątkę to 23 minuty, ale dziś będę raczej sporo wolniejszy…

Nie ma leniuchowania!
Nie rozmawiamy dłużej, bo trzeba się już ustawiać na linii startu. Ostatnie odliczanie, pada strzał i ruszamy. Najpierw trzeba się bezkolizyjnie przedostać przez gęsty tłum wolniejszych biegaczy i kijkarzy. Potem uważać, żeby nie poślizgnąć się na mokrym asfalcie – dopiero co kropił przecież deszczyk. Wreszcie zrównuję się z grupą, która ma podobne tempo do mojego i próbuję to tempo utrzymać, a w miarę możliwości tego i owego jeszcze po drodze wyprzedzić. Przez jakiś czas ścigam się z młodą, drobną dziewczyną, która biegnie na 10 km. Jakieś półtora kilometra przed metą, zmęczony sucholeskimi pagórkami, odrobinę zwalniam. Dziewczyna dodaje mi otuchy:
– Dawaj, dasz radę, nie ma leniuchowania! – krzyczy do mnie
– Dopiero wychodzę z paskudnego przeziębienia – tłumaczę się.
– Dobra, dobra, nie usprawiedliwiaj się, tylko biegnij – śmieje się i patrzy na moją koszulkę z nazwą klubu „Vege Runners”. – Też jestem wegetarianką – dodaje.
Na metę wpadam z czasem 22 minuty i 18 sekund. Czas raczej taki sobie, ale daje mi on 16 miejsce na 79 finiszerów i drugie miejsce w kategorii wiekowej.

Koncerty ważniejsze
W strefie mety spotykam najsłynniejszego mieszkańca naszej gminy, czyli rapera Jacka „Mezo” Mejera. Mezo też biegł na 5 km i też zajął drugie miejsce, tyle że open.
– Mój czas? 18 minut 32 sekundy – odpowiada na moje pytanie. – Tym razem byłem drugi, bo dużo teraz koncertuję i na tym się skupiam. Obawiałem się zresztą, że zajmę dalsze miejsce, bo dwóch ścigaczy biegło przede mną i nie mogłem ich przegonić. Miałem tylko nadzieję, że nie skręcą na stadion, tylko pobiegną dalej, rozpoczynając drugie kółko. I tak też się stało – śmieje się.
Pierwszy na 5 km był Grzegorz Urbańczyk z Poznania, który wpadł na metę w czasie 17:21.
Żona muzyka, Weronika Radzimkowska-Mejer, także biegła 5 km. Zajęła trzecie miejsce w swojej kategorii wiekowej.
Obok linii mety widzę doktora Michała Dybka, który uważnie obserwuje nadbiegających zawodników.
– Czekam na żonę – mówi nam. – Biegnie, choć w sumie nie wiem, ja jaki dystans – śmieje się.
Pytam, czy sam nie chciałby wystartować.
– Zastanawiam się – odpowiada. – Może w przyszłym roku pobiegnę, kto wie?
Tymczasem na mecie pojawia się najszybszy biegacz na 10 km. Sebastian Kaproń niedawno mieszkał na osiedlu Poziomkowym w Suchym Lesie, teraz już poza naszą gminą, w Rakowni koło Murowanej Gośliny. To wytrawny biegacz. Jego życiówka na maratonie to 2 godz. 55 min.
– Bieg w Suchym Lesie potraktowałem jako przetarcie, trening – mówi nam. – Teraz nastawiam się przede wszystkim na górskie maratony i ultramaratony. Za dwa tygodnie biegnę ultra w Alpach szwajcarskich.
Trzymamy kciuki. Swoją drogą, niezłe przetarcie. Nie tak łatwo pobiec 10 km w 36 minut 42 sekundy.
Świetny wynik osiągnął też Roman Kuster, zastępca komendanta wielkopolskiej policji. W Suchym Lesie pobiegł z żoną.
– 10 km pokonałem w 37 minut 45 sekund – informuje. – Nie jest to życiówka, bo bieg był ciężki, choć atmosfera fantastyczna – chwali. – Teraz przygotowuję się do triathlonu, zobaczymy jak pójdzie.
Pan komendant biega od sześciu lat, także maratony. Jego życiówka w maratonie to trzy godziny i pięć minut. Żona komendanta, Agnieszka Kuster, też może być dumna, jako że zajęła pierwsze miejsce w swojej kategorii wiekowej.

Patriotyzm lokalny
Prof. Marian Gorynia, były rektor Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu, jest mieszkańcem Suchego Lasu i udział w lokalnym biegu uważa za patriotyczny obowiązek. Pytam go, jak mu się biegło.
– Bardzo dobrze – odpowiada. – W sumie pogoda dla biegacza idealna. Najpierw chmury i mżawka, a pod koniec słoneczko. Mój czas to 46 minut 23 sekundy. Życiówka to 45 z hakiem, więc nie jest źle.
Na metę dotarła też córka rektora, Julia Gorynia-Baum, do niedawna mieszkanka Suchego Lasu, a teraz Poznania.
– W bieganie wciągnęłam się sama, tata wcale nie musiał mnie zachęcać – uśmiecha się do nas. – W Suchym Lesie biegnę już po raz trzeci.
Pani Julia startowała na 5 km. Zajęła szóste miejsce w swojej kategorii wiekowej.
Danuta Spychała z biegowej drużyny pana rektora, czyli z Klubu Biegacza UEP, zajęła pierwsze miejsce w swojej kategorii wiekowej. Ale to jeszcze nic, bo nie tak dawno startowała w poznańskich zawodach Wings for Life (to ten bieg, w którym uczestników gonił samochodem sam Adam Małysz). I została wtedy trzecią kobietą na świecie w swojej kategorii wiekowej.
– Jestem żywym dowodem na to, że w każdym wieku warto zacząć biegać – przekonuje z uśmiechem. – Na początek wystarczy zainwestować w buty.
Nieopodal widzę Magdę Mroczkowską i jej biegowego partnera. Wyglądają na zmęczonych, ale szczęśliwych.
– Bo i jest powód – uśmiecha się mężczyzna. – Dobiegłem na metę w 28 minut, czyli złamałem pół godziny. Cel osiągnięty – cieszy się. – Mam nadzieję, że równie dobrze mi pójdzie w Armagedonie, w którym już wkrótce startuję.
Magda pobiegła odrobinę wolniej, bo na metę wpadła z czasem 30 minut. Ale i tak jest bardzo zadowolona.
– Fajna pogoda się trafiła, najlepsza dla biegaczy – podkreśla.

Bakcyl złapany
Na metę wpadł też Adam Popielski z ZKP. Szczęśliwy, bo zajął pierwsze miejsce w kategorii wiekowej.
– Wcale nie biegło mi się lekko – zaznacza. – Już połowie trasy czułem w nogach podbiegi, a pod koniec zrobiło się duszno, bo parowała woda po deszczu. Ale sukces jest i czuję się zmotywowany, żeby wystartować za rok – cieszy się.
Tymczasem do mety raźnym krokiem dociera red. Agnieszka Łęcka. Jej czas to 44 minuty 52 sekundy.
– Było super, świetny doping, złapałam bakcyla – cieszy się. – I pomyśleć, że na start zdecydowałem się dopiero na dwa dni przed.
Do startu namawiali Agnieszkę rektor Marian Gorynia i Mariusz Siebert.
– Absolutnie nie żałuję, że dałam się namówić – uśmiecha się pani redaktor. – Po pierwsze poznałam tę imprezę od drugiej strony, nie tylko jako dziennikarz. Po drugie na trasie spotkałam wielu przyjaciół i znajomych z Suchego Lasu. Po trzecie może uda mi się zmobilizować innych kanapowców. A po czwarte ważne dla mnie jest, że impreza odbywała się w szczytnym celu.
Agnieszka żałuje jednak trochę, że kijkarze nie mogli startować na dystansie 10 km. Podobne odczucia mają też Alicja i Michał Przybylscy oraz Arleta i Grzegorz Słowińscy, którzy wpadli na metę niedługo po Agnieszce. Michał Przybylski zajął drugie miejsce w swojej kategorii wiekowej, a jego żona trzecie.
– Więcej ludzi mi mówiło, że trasa nordic walking była za krótka – kiwa głową Mariusz Siebert, organizator. – Być może w przyszłym roku dołożymy im kilometrów.
– To się dobrze składa, bo chciałbym co roku startować na dłuższym dystansie – zaciera ręce Michał Przybylski.
Może jednak lepiej, że tym razem trasa była tylko pięciokilometrowa, bo Grzegorz Słowiński narzekał, że ubrał się, jak na tę pogodę, za ciepło. Może zresztą zgrzał się, bo zdecydował się na nietypową technikę, czyli marsz z jednym kijem. Skąd ten pomysł?
– Z mojej przyczyny, bo na pierwszym kilometrze złamałem swój kij i Grzegorz mnie wspomógł – podkreśla Michał Przybylski. – Będę wnioskował o nagrodę fair play dla niego.
W dekoracji zwycięzców uczestniczył zastępca wójta Marcin Buliński. A wcześniej biegaczom kibicował.
– Sam nie biegłem, choć co roku obiecuję sobie, że wystartuję – wyznaje. – Ale zawsze zabraknie tych trzech tygodni na porządny trening. Może za rok.

Ludzkość może wkurzyć
Z uwagi na wakacyjny wyjazd na starcie nie pojawiła się Ewa Korek, sołtys Złotnik Wsi i chyba najbardziej w naszej gminie znana maratonka. Za to pobiegła jej siostra Maja Krause.
– Ale nie biegłam dla wyniku – zastrzega. – Biegłam dla Olka.
Jeśli i ty chcesz pomóc Olkowi, więcej o nim możesz poczytać na stronie pomagam.pl/pomocdlaolka.
Maja, podobnie jak Grzegorz Słowiński, ubrała się, jak na tę pogodę, odrobinę za ciepło.
– Powinnam założyć krótkie spodenki – przyznaje. – Na szczęście kibice nie tylko dopingowali, ale także polewali nas wodą – kiwa głową z uznaniem.
Malina i Tomasz Fudala pobiegli z dzieckiem w wózku. I w koszulkach z napisem „Biegam, bo mnie ludzkość wku…”. To nazwa popularnego fanpage’u na Facebooku.
– Nie, nie prowadzimy tego fanpage’u, ale jesteśmy jego gorącymi sympatykami – śmieją się.

Krzysztof Ulanowski