Ćwierć wieku już prawie minęło…

Z Krzysztofem Pilasem, członkiem Zarządu Osiedla Suchy Las i radnym Rady Gminy, rozmawiamy o 24 latach jego działalności w samorządzie.

– Jak to się wszystko zaczęło?

– Dawno temu, bo już w przedszkolu wchodziłem w skład grupy opozycyjnej, która walczyła z kisielem (śmiech). Z kolei w szkole byłem przewodniczącym Ligi Ochrony Przyrody i udzielałem się w harcerstwie. Po lekcjach, w domu słuchałem z rodzicami Wolnej Europy i Głosu Ameryki. To wszystko nauczyło mnie społecznictwa i patriotyzmu. Już jako dorosły człowiek współpracowałem z Maciejem Frankiewiczem w czasach, kiedy działał on w Solidarności Walczącej. Kolportowałem bibułę i wydawane w podziemiu znaczki pocztowe.

– Nadchodzi rok 1989 i powstają komitety obywatelskie…

– Zaangażowałem się.  Nie ja jeden, bo ludzie gromadzili się najpierw wokół idei demokratyzacji, a potem także samorządności. W 1991 r. miałem startować w wyborach, ale zrezygnowałem na rzecz Grażyny Głowackiej, dziś radnej powiatowej. W tym samym roku przekształcono Radę Sołecką w Zarząd Osiedla. Wydawało się to wówczas czymś abstrakcyjnym – traciliśmy przecież status wsi. Ale ówczesne elity wiedziały, że dynamika rozwoju miejscowości jest taka, że Suchy Las stanie się de facto miasteczkiem. Swoją drogą, wszystko wtedy wydawało się nowe, dziewicze. Nie mieliśmy wzorców. Ale to było właśnie fajne. I tak kadencje mijały jedna za drugą i ani się obejrzałem, a  tu taki jubileusz. W czasie tych 24 lat miała miejsce prawdziwa rewolucja technologiczna. Na początku sporządzaliśmy pisma odręcznie lub na maszynach do pisania, a teraz używamy laptopów i smartfonów. Musieliśmy się tego wszystkiego nauczyć, bo w szkole uczono nas przecież języka rosyjskiego, a nie obsługi komputera.

– Sporządzanie pism to jednak środek do celu, a nie cel sam w sobie. Co Pan robił w czasie tych wszystkich kadencji?

– To był okres budowania w Suchym Lesie infrastruktury, jak place zabaw czy progi zwalniające. Pamiętam, że na początku lat 90. XX wieku byłem w Holandii, w miejscowości ‘s Gravenmoer i tam właśnie po raz pierwszy widziałem spowalniacze. U nich to był standard, a dla nas całkowita nowość. Pomyślałem jednak, że skoro na Zachodzie można, to dlaczego nie u nas? I tak progi pojawiły się przed sucholeską szkołą. Dofinansowaliśmy też działające na rzecz naszej społeczności instytucje, jak straż pożarna czy Koło Gospodyń Wiejskich. Poza tym kupiliśmy komputery szkole i jeden czy dwa samochody komisariatowi policji. Nie zmarnowaliśmy ani złotówki.

– Skąd mieliście pieniądze?

– Dotował nas Urząd Gminy, staraliśmy się jednak, żeby samorząd pomocniczy był zawsze podmiotem, a nie przedmiotem, żeby władze liczyły się z naszą opinią.

– W 2002 r. został Pan radnym gminnym. Skąd pomysł, żeby połączyć działalność w Zarządzie Osiedla i Radzie Gminy?

– Chciałem bardziej efektywnie realizować swoje zadania w jednostce samorządu pomocniczego. Mandat radnego ułatwił mi to, ponieważ miałem więcej możliwości. Jestem zresztą nie tylko radnym, ale i przewodniczącym Komisji Społecznej Rady Gminy.

– Obserwowałem Pana przez kilka ostatnich lat, kiedy chodziłem na sesje Rady Gminy. Był Pan niewątpliwie najaktywniejszym radnym.

– Nic nie robię na pokaz, ale kiedy mam coś do powiedzenia, to mówię. Obowiązkiem radnego jest praca dla gminy, nie wyobrażam sobie przesiedzenia sesji bez zabrania głosu. Nie wstydzę się swojej opinii. Jeśli jestem przeciwko, to wiem dlaczego i potrafię swojego stanowiska bronić, choć oczywiście potrafię też zmienić swoje zdanie w jakiejś kwestii. Rada to miejsce ścierania się poglądów i wypracowywania konsensusu, a to czynimy przez rozmowę. Jeżeli radni milczą, to albo nie wiedzą o co chodzi, albo już wcześniej ustalili decyzję.

– Często bronił Pan swego stanowiska, gdy był Pan przeciwko, ale bywa też, że wstrzymuje się Pan od głosu.

– Bywa i tak, nie jestem alfą i omegą, a kiedy nie jestem czegoś pewien, nie chcę zaszkodzić. Ale staram się rzadko korzystać z tego instrumentu, jakim jest wstrzymanie się od głosu.

– Co Pan uważa za swoją największą porażkę w czasie tych 25 lat?

– Podział Suchego Lasu. Uważam, że było to niepotrzebne i szkodliwe. Nigdy nie traktowaliśmy ulicy Obornickiej jako granicy, większość pieniędzy inwestowaliśmy we wschodniej części Suchego Lasu, a zwolennicy utworzenia nowego osiedla nawet nie pojawiali się na naszych zebraniach. Ale cóż, przeprowadzono konsultacje i o podziale zdecydowali sami mieszkańcy. Mam tylko nadzieję, że w przyszłości nie oderwie się np. osiedle Poziomkowe.

– Secesja Wschodu dla dwóch członków zarządu oznaczała koniec pracy w samorządzie.

– Oni mieszkali we wschodniej części miejscowości, a zatem po powstania osiedla Suchy Las – Wschód automatycznie stracili mandaty. Nie uzupełniliśmy od razu składu zarządu, bo prawo od nas tego nie wymagało. Poczekaliśmy do nowych wyborów.

– A inne porażki?

– Największą przeszkodą w naszej działalności jest brak własnej siedziby. Własnej, czyli takiej, do której mamy klucze, gdzie możemy w każdej chwili wejść i siedzieć tak długo, jak trzeba.

– A co by Pan uznał za swój największy sukces?

– Przyjęcie herbu gminy. Tym bardziej, że dość długo musiałem o niego walczyć. Na początku mówiono, że brak komisji heraldycznej i klimatu politycznego. Potem jednak Rada Gminy powołała taką komisję. Jej przewodniczącą została dyrektor Domu Kultury Urszula Habrych. Na początku pojawiła się propozycja, żeby herbem gminy była ścięta głowa Jana Chrzciciela. Przez wieki bowiem Suchy Las należał do parafii pw. Jana Chrzciciela w Chojnicy. W końcu jednak uznano, że taki herb byłby zbyt drastyczny i zdecydowano się na krzyż maltański. Ma to również swoje uzasadnienie historyczne, jako że przez stulecia Suchy Las był własnością Joannitów.

– Dlaczego herb jest ważniejszy od placu zabaw?

– Plac zabaw może się po kilkudziesięciu latach rozsypać, a herb zostanie na wieki. Dzięki fladze gminy rozsławiam Suchy Las podczas swoich pielgrzymek do Częstochowy, a muszę powiedzieć,  że nasze białe, czerwone i żółte barwy pięknie wyglądają na wałach Jasnej Góry.

– Z czego jeszcze Pan jest dumny?

– Z tego, że pierwsze cegły na budowę sucholeskiego kościoła stanowiły dar od naszej jednostki samorządu pomocniczego. No i oczywiście z Górki Pilasa, jak często nazywa się Górkę Saneczkową. To przecież dzięki nam powstały tereny rekreacyjne pomiędzy ulicami Szkółkarską a Powstańców Wielkopolskich.

– Skoro tyle się udało osiągnąć, dlaczego Pan zrezygnował z ubiegania się o stanowisko przewodniczącego?

– Ponieważ nie jestem przyspawany do stołka. O rezygnacji myślałem już kadencję wcześniej, ale dopiero teraz pojawił się ktoś młodszy, z charyzmą, wykształceniem i znajomością przedmiotu. No i lepiej poruszający się w dzisiejszym świecie laptopów i smartfonów. Ale przecież nadal jestem w Zarządzie Osiedla Suchy Las i nadal chcę swoim doświadczeniem służyć mieszkańcom. Uważam, że mam do tego wystarczający mandat, jako że w ostatnich wyborach do Rady Gminy uzyskałem w Suchym Lesie najlepszy wynik spośród wszystkich sucholeskich radnych. Chciałbym wyborcom za to podziękować. A członkom zarządu osiedla wszystkich kadencji, jak również wszystkim mieszkańcom, którzy przychodzili na nasze zebrania, chciałbym podziękować za ich pracę i zaangażowanie.

Rozmawiał Krzysztof Ulanowski