Harcerze mówią po chińsku

Przez cztery dni na terenie Biedruska rozbrzmiewała mandaryńska mowa skośnookiego ludu Han. Umundurowana młodzież z Hufca Czerwonak ZHP urządziła w Domu Osiedlowym Harcerski Biwak z Językiem Chińskim.

Druhny i druhów z drużyn z Biedruska i Bolechowa powitał w imieniu wójta Mirosław Stencel, opiekun Domu Osiedlowego.

To łatwy język
Harcerzami dowodzili harcmistrz Tatiana Kędziora oraz drużynowy Konrad Błaszak, pomysłodawca chińskiego biwaku.

– Skąd w ogóle taki pomysł? – pytamy drużynowego.

– Studiuję sinologię, mieszkałem też przez pięć miesięcy w Chinach, zarówno na Tajwanie, jak i w okolicach Pekinu – wyjaśnił nam Konrad Błaszak. – Pomyślałem, że taki biwak może się spodobać, zwłaszcza że język chiński jest dla Polaków nie tylko egzotyczny, a przez to ciekawy, ale też jego znajomość, zważywszy na rosnąca potęgę gospodarczą tego wielkiego kraju, stwarza dla nas całkiem interesujące perspektywy…

– To chyba jednak bardzo trudny język? – dociekamy.

– Wcale nie – zaprzecza zdecydowanie. – Gramatyka jest nawet bardzo łatwa – zaskakuje nas. – Na przykład zdanie „Jestem Polakiem” tłumaczy się dosłownie „Ja być Polska człowiek”.

Po chińsku zdanie to można zapisać alfabetem łacińskim – „Wo shi Bolan ren” (wymowa podobna do angielskiej, czyli mniej więcej „Ło szi Bolan ren”).

– Chiński zapisany naszym alfabetem może jest i łatwy, trudno chyba jednak opanować kilka tysięcy znaków? – dociekamy dalej.

– Na pewno wymaga to systematyczności – zgadza się z nami druh drużynowy. – Chińskie znaki wywodzą się z pisma obrazkowego, na przykład słowo „dom” lub „rodzina”, czyli „jia” (wymowa: „dzia”), to dach narysowany nad świnią. Na chińskiej wsi zwierzęta gospodarskie tradycyjnie mieszkały bowiem na parterze, a ludzie na piętrze – wyjaśnia.

Warto dodać, że mówiąc o języku chińskim, mamy zazwyczaj na myśli mandaryński, jednak w obecnych granicach Chińskiej Republiki Ludowej i na Tajwanie (czyli w Republice Chińskiej) mówi się w sumie w około 50 dialektach, a także w innych niż chiński językach (żeby wymienić chociażby tybetański).

Nie trzeba jeść owadów
Wszystkie te zawiłości wyjaśniali druhnom i druhom studenci sinologii, zaproszeni na obóz przez drużynowego Błaszaka. My trafiliśmy akurat na lektorat prowadzony przez studentkę piątego roku Hannę Kupś, która zdecydowała się na nauczanie poprzez zabawę, nadając dzieciom chińskie imiona.

Oczywiście nikt nie zmuszał młodych ludzi do zgłębiania tajników mandaryńskiego przez całe cztery dni. Były też i inne atrakcje, jak pokaz chińskich sztuk walki tai-chi i san-da, nauka kaligrafii, jedzenia pałeczkami, chińskich wycinanek czy też wykład o terakotowej armii.

Jak wszystkie te zajęcia podobały się dzieciom?

– Jest bardzo fajnie – ocenia jedna z dziewczynek. – Umiem już  się po chińsku przedstawić i znam nazwy cyfr – chwali się jedna z dziewczynek.

– Cyfry to kolejny temat – rzeka – wtrąca Konrad Błaszak. – W chińskiej kulturze mają one bowiem swoje znaczenie. Na przykład cyfra „cztery” to po chińsku „si”, które to słowo oznacza również… śmierć. W efekcie w tamtejszych hotelach nie ma na przykład czwartego piętra…

Do braku czwartego piętra można się zapewne łatwo przyzwyczaić. Ale czy da się łatwo znieść widok szlachtowanych na mięso psów czy posiłków złożonych z owadów i innych bezkręgowców? Chińczycy są przecież znani z zupełnie innych gustów kulinarnych niż ludzie Zachodu…

– Na szczęście nie widziałem zabijanych psów, udało mi się też uniknąć jedzenia owadów – zapewnia druh drużynowy.

Sposób na życie
Chiński obóz w Biedrusku to niewątpliwie sukces. Czy zatem będzie jakiś ciąg dalszy?

– Myślę, że tak – mówi harcmistrz Tatiana Kędziora. – Od kilku lat prowadzimy letnie półkolonie, myślę więc, że i obóz językowy możemy powtórzyć latem. Tym bardziej, że z tego zimowego jesteśmy naprawdę zadowoleni: było wprawdzie sporo formalności, jak to przy tego typu imprezach, za to mogliśmy liczyć na życzliwość ze strony władz gminy – podkreśla. – Pan wójt zapewnił nam swój patronat, a pan Mirosław Stencel – pomoc organizacyjną. No i mogliśmy spędzić czas w naprawdę ładnym obiekcie – chwali

A gdzie harcerze spędzają czas, kiedy nie ma ich w Biedrusku?

– Jeździmy nad morze bądź w góry – uśmiecha się pani Tatiana. – Mamy obozy zarówno w Jastrzębiej Górze, jak i Szklarskiej Porębie – informuje. – W Karkonoszach część naszej młodzieży trenuje nawet wspinaczkę skałkową  – zaznacza z dumą.

Dodajmy, że harcerze pojawiają się też na wielu uroczystościach na terenie naszej gminy, które odbywają się na przykład w Łagiewnikach.

Dla młodych ludzi harcerstwo to przygoda. Co jednak sprawia, że niektórzy z nich nie zrzucają munduru nawet, kiedy już są dorośli?

– W moim przypadku zdecydowała tradycja rodzinna – mówi harcmistrz Kędziora. – Harcerzami byli moi rodzice, harcerką jest też moja córka.

– Dla mnie harcerstwo to hobby, pasja i sposób na życie – podkreśla Konrad Błaszak. – Działać zacząłem razem ze swoimi przyjaciółmi, kiedy mieliśmy po 10 lat. Razem zdobywaliśmy wszystkie stopnie i – jak na razie – nadal wszyscy jesteśmy w ZHP – podsumowuje.

– Musicie chyba lubić mundur? – podpowiadam.

– Zgadza się – potwierdza druh drużynowy. – Nie wykluczam, że swoją przyszłość zawodową zwiążę z wojskiem – zdradza.

Krzysztof Ulanowski