Truskawkowe pola wokół domu

Z Alicją Przybylską, żoną radnego Michała Przybylskiego, rozmawiamy o szczęściu rodzinnym, ukochanych miejscach na Ziemi oraz o górskich, podróżniczych i społecznikowskich pasjach.

– Kim jest żona jednego z dwóch najważniejszych pretendentów do urzędu wójta?
Jest nie tylko żoną, również pracującą mamą dwójki dorosłych dzieci. Tworzymy raczej tradycyjną rodzinę. Syn Jakub jest prawnikiem i mieszka w Poznaniu, a córka Jagna studentką architektury. Ja jestem nauczycielką języka angielskiego, ale ukończyłam też pedagogikę specjalną i logopedię. Zresztą przez 16 lat pracowałam w szkole specjalnej. Podobnie jak Michał lubię zwierzęta. Mamy psa rasy shih tzu o imieniu Luna. Wcześniej przez wiele lat mieliśmy labradorkę Toffi, którą niestety straciliśmy. Kochamy podróże. Często jeździmy całą rodziną do Maszkowic, miejscowości pomiędzy Starym Sączem, a Krościenkiem. Z Maszkowic pochodzi mój tata, który zbudował tam dom. Lubimy tam spędzać czas, bo okolica jest wprost idealna na górskie wędrówki. Można chodzić brzegiem Dunajca, ale lubimy też razem z mężem wspinać się na pobliskie szczyty. Korzystając z okazji, wszystkich mieszkańców naszej gminy serdecznie zapraszam do odwiedzenia Maszkowic w gminie Łącko. Jest tam naprawdę pięknie, sympatyczni ludzie i ciągle jeszcze mało turystów.
– Maszkowice kojarzą się ze słynnym rycerzem Zyndramem.
I bardzo słusznie się kojarzą, bo to właśnie te Maszkowice. Niedaleko Maszkowic są nawet wykopaliska archeologiczne.
– Mama też pochodzi z okolic Łącka?
Nie, mama pochodzi z Gostynia w Wielkopolsce. Tato był pilotem wojskowym, więc nasza rodzina przeprowadzała się. Dzieciństwo spędziłam w Łasku, a od 11. roku życia mieszkałam na osiedlu Bolesława Chrobrego w Poznaniu. Kiedy się tam wprowadzaliśmy, całe osiedle to był jeden, no może dwa bloki. Wokół były pola na których rosło zboże i truskawki. Poznań lubię zresztą do dziś, z czasów późnego dzieciństwa i wczesnej młodości mam sporo przyjaciół. Nie miałam rodzeństwa, więc przyjaźnie, które nawiązuję, są naprawdę mocne.
– Od kiedy mieszkają Państwo w Złotnikach?
Minęło już 15 lat. Nasza córka zarówno do szkoły podstawowej, jak i do gimnazjum uczęszczała już w Suchym Lesie. Na początku nikogo w Złotnikach nie znaliśmy. Dziś mam wielu znajomych, z którymi wspólnie spędzamy czas – jeździmy na wycieczki, spływy kajakowe i grzybobrania.
– Dlaczego wybraliście właśnie Złotniki?
Powodów było wiele. Najważniejsze, że wybór był trafiony i po latach śmiało mogę stwierdzić, że jest to nasze, czyli moje i męża ukochane miejsce do życia i samorealizacji. Złotniki i okolice Maszkowic to dwa moje ukochane miejsca na Ziemi. Złotniki otworzyły nas na nowe przyjaźnie, ale także pokazały, że życie w mniejszej, lokalnej społeczności integruje, pozwala spojrzeć na świat z innej perspektywy i – co ważne – wpływać na to, co wokół nas się dzieje.
– Miałaby Pani większy wpływ, gdyby poszła Pani w ślady męża i dostała się do samorządu.
– Chyba jeden samorządowiec w rodzinie wystarczy. Moim żywiołem jest praca zawodowa, którą uwielbiam. Bardzo dużo pracuję, często jeżdżę z młodzieżą do Londynu, odpowiadam też za wymianę młodzieży, polskiej i holenderskiej. Natomiast dla Michała samorząd faktycznie stał się pasją. To urodzony społecznik, który przeszedł wszystkie samorządowe szczeble, od członka Zarządu Osiedla po szefa klubu radnych i kandydata na wójta.
– Właśnie, być może niedługo te wpływy będą jeszcze większe? Pani mąż, Michał Przybylski, ubiega się o najważniejsze w gminie stanowisko. Czy była to wspólnie podjęta decyzja?
Tak, oczywiście. Jesteśmy małżeństwem od 29 lat i decyzje, które są ważne dla całej rodziny, zawsze podejmujemy wspólnie. Właściwie to, że mój mąż kandyduje w tegorocznych wyborach samorządowych, jest konsekwencją jego wieloletniej działalności na rzecz samorządu lokalnego i mieszkańców gminy Suchy Las. Przewodniczenie klubowi pewnie też miało spory wpływ na jego decyzję.
– Jak ocenia Pani jego szanse?
Trudno powiedzieć. Trzymam oczywiście kciuki. Jeśli wygra, to bez wątpienia tchnie w gminę nowe życie. Ma doskonały kontakt z ludźmi. Potrafi z nimi rozmawiać. W Złotnikach z pewnością popiera go wielu mieszkańców, nie wiem jak to wygląda w innych częściach gminy.
– Czy zna Pani męża samorządowych współpracowników i przeciwników?
Oczywiście, spotykamy się na różnych gminnych imprezach, a z Grzegorzem Słowińskim i jego żoną Arletą jesteśmy zaprzyjaźnieni. Zresztą mamy sporo przyjaciół ze Złotnik. Znam wiele osób ze środowiska samorządowego męża i szczerze je podziwiam. To pasjonaci – bardzo zaangażowani i uczciwi ludzie. Ale znam też wielu jego konkurentów i doceniam ich pracę. Zresztą wyrozumiałość i tolerancja dla postaw i przekonań innych jest wartością, która bardzo nas z Michałem łączy. Michał o swoich konkurentach politycznych zazwyczaj nie mówi źle. Nie ma między nimi wrogości, lecz rywalizacja. Chciałabym, żeby tak było do końca kampanii.
– Nazwała Pani męża urodzonym społecznikiem. A czy można go nazwać urodzonym liderem?
Trudno mi to określić. Znam go z zupełnie innej strony. Na pewno zawsze lubił angażować się w sprawy istotne społecznie. Dostrzegłam to już na studiach. Ciągle angażował się w jakieś niezbyt bezpieczne akcje polityczne, wtedy oczywiście nielegalne, np. zasiadał w pierwszym studenckim parlamencie UAM, z ramienia Niezależnego Zrzeszenia Studentów, który w tamtym czasie był organizacją jeszcze niezarejestrowaną. Może to geny. Jego dziadek za swoją działalność przesiedział sporo czasu w stalinowskich więzieniach. Siostra Michała była zastępcą burmistrza Jarocina.
– Pani też działała w NZS?
Ja akurat byłam w ZHP. Lata w harcerstwie do dziś wspominam bardzo dobrze, to były najpiękniejsze lata życia, byliśmy młodzi, szczęśliwi, poznawaliśmy wspaniałych ludzi…
– Jednego z tych wspaniałych ludzi poznała Pani dopiero na studiach. Jaki Michał był wtedy?
Do dziś pamiętam, że miał piękne, niebieskie oczy, blond włosy i grzywkę. Po grzywce nie ma już oczywiście śladu (śmiech).
– A jaki jest dziś Michał Przybylski, tak prywatnie?
Niełatwo w kilku zdaniach opowiedzieć o tak bliskim człowieku, z którym spędziło się prawie trzy dekady. Gdybym wymieniła teraz wszystkie zalety męża, wyszłaby z tego laurka, a Michał – jak każdy człowiek – ma również wady.
– To może zacznijmy od wad?
Pracoholizm i silny charakter – to pierwsze, co przychodzi mi na myśl. Czasami trzeba wielu argumentów, aby przekonać Michała do zmiany zdania, ale – na szczęście – jak mało kto potrafi się wsłuchać także w odmienne poglądy. O ile często udaje nam się osiągnąć kompromis, to na pracoholizm Michała sposobu jeszcze nie znalazłam (śmiech). Czasem udaje mi się odciągnąć go od pracy domowym rosołem. No i wyszło teraz, że to tradycjonalista kulinarny.
– Skoro jesteśmy przy kuchni – czy Michał Przybylski gotuje?
No cóż… marnie (śmiech). Pewne zdolności w tej dziedzinie ujawnia natomiast w sezonie grillowym. Kuchnia to moja domena, sama wypiekam chleby i robię zaprawy. Michał za to relaksuje się przy sprzątaniu. Jest jednym z tych mężów, którzy potrafią zrobić w domu wszystko. Prawdziwa złota rączka.
– Zalety?
Jest wyrozumiały, tolerancyjny i otwarty. Przede wszystkim potrafi walczyć o prawa słabszych, a więc tych, których głos często nie jest słyszany. To widać w jego działalności w gminie. Lubi ludzi, od których jest w stanie się czegoś nauczyć. Potrafi doskonale organizować pracę i brać odpowiedzialność za jej skutki. Sam jest bardzo zorganizowany i konsekwentny. Jeszcze jako student wygrał konkurs i został dyrektorem szkoły społecznej. W wieku 26 lat zarządzał kilkudziesięcioosobowym zespołem, potem prowadził z dobrym skutkiem działalność gospodarczą. Od prawie 10 lat zajmuje się działalnością samorządową.
– A jak Państwo spędzają czas wolny?
W bardzo różny sposób – spotykamy się z rodziną i przyjaciółmi, chętnie chodzimy do kina, lubimy też piesze wędrówki po górach, takich jak Gorce, Pieniny czy Beskid Sądecki, a także jazdę na rowerze i przechadzki z psem. Ja bardzo dużo czytam. Jestem stałą klientką sucholeskiej biblioteki.
– Dzieci podzielają Wasze pasje?
Nawet niektóre z nich twórczo rozwinęły. My np. chodzimy po górach, a syn po nich biega. Wziął ostatnio udział w „Ultra Janosiku” w Pieninach.
– Słyszałem, że Pani też biega.
– Owszem, ale głównie po Złotnikach. Natomiast z Michałem chodzimy na długie spacery po całej gminie.
– Podejrzewam jednak, że spacery to nie jest największa pasja Michała Przybylskiego?
Większą są na pewno podróże. Bo Michał, podobnie jak ja, lubi podróżować. Zorganizowane wyjazdy z noclegami w hotelach to nie nasz klimat. W podróż wyruszamy z grupą przyjaciół. Chcemy odwiedzić wszystkie europejskie stolice. Na razie widzieliśmy połowę. W poprzednim roku byliśmy u naszych przyjaciół w USA. Michał lubi też pisać, amatorsko zajmuje się dziennikarstwem. Ale największą jego pasją w tej chwili jest gmina Suchy Las, pewnie dlatego, że wiele jeszcze zostało do zrobienia dla jej mieszkańców.

Rozmawiał Krzysztof Ulanowski