Czy potrzebujemy dwukadencyjności?

Przy okazji wyborów samorządowych żywo dyskutuje się kwestię kadencyjności wójtów, burmistrzów i prezydentów miast.

W Gliwicach, Gołdapi, czy w Puławach prezydenci sprawują urząd nieprzerwanie od 25 lat. Takimi osiągnięciami może pochwalić się jeszcze 30 innych burmistrzów i prawie 180 wójtów.
Efektem takiej debaty są zmiany dotyczące prawa wyborczego. Wprowadzono zapisy ograniczające do dwóch liczbę kadencji. Zmiany te wejdą w życie dopiero w 2018 roku, czyli po upływie dwóch 5-letnich kolejnych kadencji. Prawo nie działa bowiem wstecz.
Jak w kontekście powyższych zmian należy ocenić sytuację, w której w gminie Suchy Las wójt rządzi już 20 lat?

Argumenty przeciwników
Przeciwnicy ingerencji ustawowej w liczbę kadencji sprawowanych przez wójtów, burmistrzów oraz prezydentów wskazują na szereg argumentów odwołujących się do praktyki samorządowej. Twierdzą, że w wyniku wprowadzenia takich przepisów można wprawdzie odsunąć od władzy przekupnego i skorumpowanego włodarza, ale i zacnego, pełnego zaangażowania i uczciwego wójta czy burmistrza.
Podkreślają, że w dobie Internetu przełamany został monopol na informację i cenzurowanie przez wójta czy burmistrza gminnych mediów. Praktyki takie odnoszą często skutek odwrotny od oczekiwanego. Ośmieszają nie tylko redakcję danej gazety, ale również rzeczywistego cenzora.
Przeciwnicy podnoszą również aspekty polityczne. Jeśli godzimy się na demokrację, to musimy akceptować również jej niedoskonałości. Wszelkie ingerencje w autonomiczne wybory obywateli są sprzeczne z istotą demokracji. Podkreślają, że władze wykonawcze podlegają podczas sprawowania urzędu wnikliwej kontroli rozmaitych instytucji (RIO, NIK, Urząd Skarbowy itp.). W przypadku poważnych podejrzeń wizytę włodarzom składają funkcjonariusze CBA lub prokuratorzy.
Wskazuje się również, że ograniczenia takie nie są w Europie powszechne i dotyczą zaledwie kilku państw (Włochy, Portugalia i niektóre landy niemieckie).

Racje zwolenników
Zwolennicy ustanowienia zakazu długoletniego sprawowania urzędu przez jedną osobę wskazują na szereg problemów. Do najbardziej istotnych należy wysoka rozpoznawalność urzędującego kandydata, który ma ciągły dostęp do kontrolowanych przez siebie mediów. Posiada też dostęp do pieniędzy, które często wykorzystywane są w sposób dodatkowo wizerunek wójta czy burmistrza wzmacniający.
Jest też oczywiste, że urzędujący kandydat prowadzi kampanię wyborczą w ramach swojego czasu pracy. Kontrkandydat natomiast działa zazwyczaj po załatwieniu własnych spraw zawodowych. Wójt ma do dyspozycji cały, dobrze zorganizowany i fachowy aparat urzędniczy, pracowników spółek komunalnych oraz innych instytucji zależnych – bardzo często podmiotów prywatnych kooperujących z gminą. Ludzie ci zazwyczaj gorliwie wspierają swojego lidera. Ich lojalność nie budzi zastrzeżeń, ponieważ jest zbieżna z ich interesem (przyzwoite pensje, stabilność zatrudnienia, rady nadzorcze w spółkach gminnych, kontrakty gminne itp.).
Bardzo istotne są też powiązania i relacje osobiste urzędującego kandydata. Ma to szczególne znaczenie w małych gminach, gdzie świat notabli ograniczony jest do kilku, najwyżej kilkunastu osób. Ta symbioza lokalnych polityków i gminnej finansjery jest korzystna dla obu stron, natomiast często niekorzystna dla mieszkańców. Przykładem klasycznym są uchwalane niektóre miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego utrudniające życie przeciętnemu mieszkańcowi, ale ułatwiające inwestycje lokalnemu przedsiębiorcy.
Zwolennicy dwukadencyjności wskazują też na aspekty socjotechniczne oraz psychologiczne. Autorytet władzy zazwyczaj kojarzony jest z osobą piastującą urząd.
Reasumując, zwolennicy „przewietrzenia samorządów” wskazują, że demokracja, powinna dawać możliwość rzeczywistego, a nie iluzorycznego wyboru. Jeśli tak nie jest, mamy hermetycznie zamknięty układ koterii towarzysko-rodzinnej, korupcję, nepotyzm i inne dobrze znane plagi życia publicznego.

Dwukadencyjność w Suchym Lesie?
Ocenę konieczności zastosowania określonych rozwiązań prawnych w tym zakresie należałoby formułować w odniesieniu do konkretnej gminy czy miasta. W niektórych samorządach takie rozwiązania wydają się konieczne. Zwłaszcza w takich, gdzie wójt jest głównym pracodawcą dla wyborców. W innych gminach instytucja ograniczająca bierne prawo wyborcze nie jest niezbędna. Taką gminą jest w mojej ocenie Suchy Las.
Nasza gminna opinia publiczna w odniesieniu do 20-letnich rządów wójta Grzegorza Wojtery jest podzielona. Zwolennicy dwukadencyjności wskazują, że kolejne sukcesy wyborcze wójta to efekt cenzury oraz propagandy sukcesu panującej w gminnych mediach. Podnoszą, że brak wiedzy mieszkańców oraz manipulowanie informacjami doprowadziły do sytuacji, w której normą stało się łamanie tzw. przepisów antykorupcyjnych przez radnych klubu wójta (Nowoczesna Gmina) i uchylanie im przez wojewodę mandatów. Zwracają też uwagę na ekstremalnie wysokie zarobki przyjaciół Grzegorza Wojtery w niektórych spółkach komunalnych. Wskazują też na dziwne operacje biznesowe, których ujawnienie doprowadziło ostatnio do wejścia CBA do niektórych gminnych spółek i urzędu.
Przeciwnicy dwukadencyjności posługują się dobrze znaną retoryką – akcentując, że wprawdzie wójt rządzi od 20 lat, ale taka jest wola suwerena i takie są reguły demokracji. Ludzie wiedzą, co robią i państwo nie powinno ingerować w wolę ludu.
Kluczowym problemem sucholeskiego samorządu nie jest to, że wójt rządzi 20 lat, lecz jak rządzi. Jest przecież spora rzesza wieloletnich włodarzy doskonale radzących sobie ze skomplikowaną materią zarządzania. Potrafią nawiązać dialog i porozumienie z opozycją, unikają konfliktów, są otwarci na prośby i opinie mieszkańców. Dbają o akceptację społeczną swoich decyzji.
Wójt Grzegorz Wojtera, po 20 latach sprawowania urzędu, utwierdził się w przekonaniu nie tylko o swojej nieomylności, ale również wyjątkowości. Wielu urzędników wskazuje, że w urzędzie panują relacje feudalne. Decyzje zapadają w wąskiej grupie najbliższych przyjaciół. Dominuje brak przejrzystości i jawności. Aktywność wójta koncentruje się wokół działań zmierzających do „ogrania” konkurentów. Instytucja konsultacji społecznych jest ośmieszana, a brak zaufania do mieszkańców jest ostentacyjny. Przykładów takich działań jest wiele, ale to temat na odrębny artykuł.
Grzegorz Wojtera pilnie strzeże swojej autonomii, a Rada Gminy ma zbyt mało narzędzi umożliwiających skuteczną kontrolę obywatelską.
Zatem nie jest nam potrzebna reglamentacja kadencji, lecz możliwość wglądu obywateli w sprawy publiczne, ich upodmiotowienie i obywatelska partycypacja w zarządzaniu gminą.

Radny Michał Przybylski