Kiedy pod wodą stałem na płetwie, serce waliło jak młot

Z Arletą i Grzegorzem Słowińskimi rozmawiamy o sercowych perypetiach, ucieczce za miasto, szparagowym szaleństwie, ostrym sosie paprykowym, zatopionych statkach i pewnej sprytnej murenie.

– Podobno poznaliście się już w szkole?
Grzegorz Słowiński.: No, prawie. Mieszkaliśmy w Człuchowie blok w blok, uczyliśmy się w tej samej podstawówce, ale w dwóch różnych liceach. Poznaliśmy się na kursie prawa jazdy we wrześniu 1992 r. i niemal od razu zostaliśmy parą.
Arleta Słowińska.: Związek przetrwał cztery i pół roku, ale potem Grzegorz zaczął naukę w Wyższej Szkole Inżynierskiej w Koszalinie, a ja w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Słupsku. Po studiach on znalazł pracę w Poznaniu, a ja w Człuchowie. Nasze drogi się rozeszły, choć były przelotne kontakty na naszej-klasie. Dopiero Facebook połączył nas ponownie, bo to dzięki temu portalowi nasz rocznik ze szkoły podstawowej zorganizował zjazd absolwentów.
G.S.: Spotkaliśmy się na tej imprezie i po długiej rozmowie zdecydowaliśmy się na zmiany. Po trzecim spotkaniu już wiedzieliśmy, że chcemy być znowu razem. Rok temu wzięliśmy ślub.
– I mieszkacie razem w Złotnikach Osiedlu.
A.S.: Tak, choć ja nadal pracuję w Czarnem, jako dyrektor Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych.
G.S.: A ja wciąż w Poznaniu, w firmie, która – mówiąc w największym skrócie – zajmuje się obsługą IT sieci handlowych.
– Dojazdy nie są problemem?
G.S.: Wybudowałem dom w Złotnikach w 2005 r., bo podobnie jak wiele innych osób nie chciałem mieszkać w dużym mieście, lecz w jego okolicy. W tamtych czasach Złotniki były jeszcze spokojnym osiedlem, inwestycja „Wielkopolanki” była gotowa dopiero w połowie. Na dojazdy nie narzekam. Od wybudowania obwodnicy, Obornicka nie jest już tak zatłoczona, ale i tak częściej jeżdżę Koszalińską.
A.S.: Ja czerpię ogromną satysfakcję z pracy, także i w przyszłości widzę siebie w oświacie. Czarne jest jednak daleko, więc pewnie poszukam sobie czegoś bliżej.
– W jaki sposób przybysz z Poznania trafił do Zarządu Osiedla?
G.S.: Sąsiedzi mnie poprosili. Budowano właśnie trasę S11 i całe kruszywo miało przyjeżdżać na naszą rampę przeładunkową. Skrzyknęliśmy się, żeby przyjść na sesję Rady Gminy – niech choć połowa ładunku jedzie Pawłowicką, a tylko wyjeżdża Łagiewnicką. Kilka miesięcy później odbywały się wybory do Zarządu Osiedla. Przewodniczącym został Stanisław Jezierski, a członkami m.in. Michał Przybylski i ja. Stanisław dostał potem pracę w Warszawie i się tam przeprowadził. W wyniku wyborów uzupełniających przewodniczącym został Michał. Potem były wybory do Rady Gminy. Michał się dostał, a mi trochę głosów zabrakło.
– Czy taką porażkę w demokratycznych wyborach odczuwa się boleśnie?
G.S.: Nie odebrałem tego jako porażki. Byłem znany w Złotnikach Osiedlu, a w skład okręgu wyborczego wchodziły również Złotniki Wieś i Osiedle Ptasie, czyli część Grzybowego. Poza tym rywalizowałem z kandydatem, który zasiadał w Radzie Gminy już od lat i z nim wygrałem. Do rady z mojego okręgu dostał się Włodek Majewski.
– Rdzenni mieszkańcy Złotnik Osiedla zaufali osobom ,,z zewnątrz”?
G.S.: Na wyborach, w których do Zarządu Osiedla startowaliśmy z Michałem, dało mi się słyszeć, że ,,nie będą obcy nami rządzić”. Tym przyjemniej mi było, kiedy po czterech latach ciężkiej pracy mieszkańcy zagłosowali na moją kandydaturę na przewodniczącego zarządu.
A.S.: W Złotnikach Osiedlu mieszkam krótko, ale już czuję się tu jak u siebie. Mam mnóstwo przyjaciół wśród mieszkańców, także tych rdzennych. Każdy ma ogródek warzywny, do sąsiadów się chodzi po jajka, po grzyby do lasu, a po szparagi jeździ do Soboty.
– Wielkopolanie kochają szparagi.
A.S.: Fakt, że w Człuchowie nie są aż tak popularne. A te z Soboty są pyszne, dużo lepsze od zdrewniałych ze sklepu. W sezonie szparagi zastępują u nas ziemniaki. Przyrządzamy je na wszelkie sposoby, jemy na surowo, gotowane i grillowane. Eksperymentujemy, a właściwie eksperymentuje Grzegorz, bo to on głównie zajmuje się szparagami.
G.S.: Nie tylko szparagami. Moje sztandarowe dania to gulasz gruziński, barszcz czerwony, rosół, bigos ze słodkiej kapusty i leczo. Robię też sos paprykowy na ostro, który zastępuje u nas keczup, a także keczup na bazie pomidorów i kabaczka. Na Złotnickie Święto Plonów zawsze robię swój sos paprykowy i zawsze garnek jest wyczyszczony.
– Dużo organizujecie imprez w Złotnikach Osiedlu?
G.S.: Wiosną Zarząd Osiedla organizuje Sprzątanie Złotnik. Na przełomie maja i czerwca Dzień Dziecka, a na początku wakacji wycieczkę dla dorosłych. Z początkiem jesieni jedziemy na grzybobranie, pod warunkiem, że są grzyby. Rok zamykamy w grudniu Osiedlową Wigilią. W ramach wakacyjnej wycieczki zwiedzamy Wielkopolskę autokarem, a czasem także kajakiem.
– A prywatnie dokąd razem jeździcie?
A.S.: Byliśmy w Chorwacji, w Trogirze. Przyjemnie jest tam popływać pomiędzy wyspami tramwajem wodnym. Na pewno tam wrócimy, bo Chorwacja jest przepiękna. Uwielbiamy kuchnię śródziemnomorską. W tym roku z kolei jedziemy do Zakopanego, a przy okazji pozwiedzamy okolice. Przejdziemy się do Morskiego Oka, podjedziemy nad zalew Czorsztyński, może odwiedzimy Kraków?
G.S.: W przyszłości wybierzemy się pewnie na Węgry, do Bułgarii, Albanii. Ale także do Francji. Może do Budapesztu przez Paryż? A poza Europę do Kairu, o ile oczywiście w Egipcie uspokoi się sytuacja polityczna.
– Co jest tak atrakcyjnego w Chorwacji, poza kuchnią śródziemnomorską? Kamieniste plaże?
G.S.: Nurkowanie! Spoczywające na dnie wraki, skałki, pionowe ściany, podwodne jaskinie… Nurkowanie to inny świat. Człowiek jest tylko z własnymi myślami, i słyszy tylko odgłos zasysanego powietrza. Koło wybrzeży wyspy Vis, na głębokości 46 m stoi na stępce żaglowiec Fortunal, natomiast tankowiec Vasilios ma dziób na głębokości 16, może 17 m, płetwę sterową na głębokości 42 m, a rufę – 70 m. Na tej płetwie zresztą stałem. Serce waliło mi wtedy jak młot.
– A inne przygody nurkowe?
– W egipskiej Safadze widziałem murenę, która uwięziła błazenka i ogonem próbowała zagonić go do swojego pyska. Spotkałem też delfiny, młodego rekina i czterometrową barakudę. Ale wcale nie trzeba lecieć nad Morze Czerwone. Wielkim przeżyciem jest też nurkowanie w jeziorach Kierskim czy Powidzkim pod lodem, przy temperaturze powietrza sięgającej minus 20 stopni, kiedy najpierw trzeba wyciąć sobie piłą przerębel. Doskonale rozumiem więc Ewę Korek i jej pasję do morsowania.
– Nurkowanie uzależnia?
G.S.: Bez wątpienia. Niestety, zanurzając się pod powierzchnię wody, podpisuje się pakt z diabłem. Dwóch moich kolegów utonęło. Teraz już nie nurkuję. Pływałem też żaglówką i motorówką. Marzę jeszcze tylko o skoku ze spadochronem.
A.S.: Niedoczekanie Twoje (śmiech). Na razie chodzi na spacery z naszą labradorką. Mamy dwa psy, jeszcze z Człuchowa. Poza labradorką Rubi jest york Yuki. No i rybki w oczku wodnym, w ogrodzie wróble, a w pobliżu naszej posesji dzięcioł i wiewiórki. Ostatnio spacerowaliśmy nieopodal poligonu i widzieliśmy dwa potężne jelenie z wielkim porożem. Nie wyobrażam sobie życia bez przyrody.

Rozmawiał Krzysztof Ulanowski

P.S. Wywiad przeprowadziliśmy w kawiarni, gdzie nasi rozmówcy zjedli omlet i wypili pyszną kawę. Wszystko bardzo im smakowało.