Nieśmiertelna Ewa biegła ze śpiewem na ustach

Z Ewą Korek, sołtysem wsi Złotniki Wieś i maratonką, spotkaliśmy się na śniadaniu w Cafe Szkolna 16. Rozmawialiśmy o bólu po zderzeniu ze ścianą, kopniaku energetycznym, szczęściu na mecie, ranku dzień po i sportowej rodzinie.

– Widzę, że jak przystało na królową, zamawia Pani owsiankę królewską.
– Ha ha, dzisiaj akurat tak, ale zazwyczaj biorę tutaj coś konkretnego. Jako biegaczka nie mam problemów z linią i nie muszę aż tak bardzo dbać o to, żeby moja dieta była fit. Lubię tu przychodzić, bo jest tu fajnie i właściciele są biegaczami, ale to nie oznacza, że za każdym razem zamawiam owsiankę lub sałatkę.
– Co Pani czuła stojąc na starcie swojego pierwszego w życiu maratonu?
– Na szczęście nie czułam zimna, bo razem z kolegą czekaliśmy w hali na terenach MTP. Ranek był chłodny, deszcz wisiał w powietrzu, więc uznaliśmy, że tak będzie rozsądniej. W tłum biegaczy wmieszaliśmy się dopiero tuż przed startem. Stanęłam w strefie na 4:45 i do trzydziestego któregoś kilometra na ten czas biegłam.
– Potem nastąpiło zderzenie ze słynną ścianą?
– Na to wygląda. Chociaż od początku starałam się biec wolniej niż miałam ochotę, tak na sześć minut 20 do 30 sekund na kilometr. Biegło mi się dobrze, bo siostra i mąż kibicowali mi na rowerach, a znajomi ze Złotnik stali wzdłuż trasy i też zagrzewali do boju. Część znajomych kibicowała też z domów, przez komórki. To był nieziemski kop energetyczny!
– Kiedy zaczęło się biec gorzej?
– Po pokonaniu 29 km poczułam ból w biodrach. Wtedy po raz pierwszy przeszłam na chwilę w marsz. Kolejny raz poczułam ból na długim podbiegu na ulicy Polskiej. Wtedy kolega kazał mi zwolnić. Pomogły mi różne zabawne hasła wywieszone wzdłuż ulicy, coś w stylu „Pamiętaj, że sam tego chciałeś”. (śmiech) Kolega zresztą cierpiał bardziej, bo miał kontuzjowaną stopę. Po 34. kilometrze znów zaczęłam biec, ale z tempem było już różnie. Na Marcelińskiej dopadł mnie skurcz prawej łydki. Na szczęście pomogli mi wolontariusze, którzy zawołali masażystę i ból powoli minął. Wprawdzie koło stadionu przeszłam w marsz, ale wtedy usłyszałam piosenkę „Zawsze do celu” zespołu NPWM. Dało mi to niesamowitego kopa, zaczęłam biec i śpiewać jednocześnie. Pamiętam, że wszyscy mi bili brawo. Na mój widok zaczęli biec i inni, którzy już szli. Wtedy poczułam się, jakbym była nieśmiertelna.
– Wpadła Pani na metę ze śpiewem na ustach?
– Było jeszcze lepiej! Tuż przed metą spotkałam starszego pana, który nie miał już siły biec. Wzięłam go za rękę i przekonałam, że pobiegniemy razem. Na mecie pstryknęliśmy sobie wspólną fotkę.
– Była radość?
– Ogromna! Że jednak dałam radę!
– Nie pomyślała Pani, że już nigdy więcej?
– Ha ha, do 31. kilometra planowałam, że w przyszłym roku zrobię koronę maratonów. Potem zaczęły się czarne myśli, typu „po co ci to, przecież mogłaś leżeć na kanapie…”. Ale kiedy poczułam się nieśmiertelna, zaczęłam myśleć, żeby zrobić… ultra! Na mecie czułam, że jeszcze z pięć kilometrów bym spokojnie przebiegła!
– A potem Pani usiadła i trudno było wstać?
– Poszłam z mężem uczcić sukces w domu znajomych ze Złotnik i potem rzeczywiście trudno mi było wstać. (śmiech) Ale kolejny ranek był już OK! Kolejnego dnia miałam nawet ochotę na przebiegnięcie dyszki! Znacznie gorzej czułam się po moim pierwszym półmaratonie!
– Pokonanie maratonu to niejedyne Pani sukcesy sportowe w tym roku…
– Zdobyłam wreszcie upragnioną Koronę Polskich Półmaratonów! W ciągu tego roku pokonałam pięć biegów na dystansie 21,1 km: w Warszawie, Poznaniu, Grodzisku Wielkopolskim, Pile i Gnieźnie.
– Debiutowała też Pani w zupełnie innej dziedzinie sportu.
– Tak! Wykąpałam się w listopadzie w Jeziorze Kierskim i w ten sposób dołączyłam do grona morsów. Zamierzam się kąpać w wodach otwartych co niedzielę, aż do kwietnia.
– A inne sportowe plany na przyszłość?
– Myślę o Koronie Maratonów Polskich. Musiałabym w ciągu dwóch lat aż pięć razy ukończyć bieg na królewskim dystansie. Pierwsze kroki już poczyniłam, bo wyleczyłam kontuzję stopy i zapisałam się na maraton krakowski.
– Wspominała Pani też coś o ultra.
– Kusi mnie, żeby pokonać ultramaraton, ale na razie raczej nizinny i nie dłuższy niż 50-60 km. Może GWiNT Ultra Cross? Niedaleko, no i jest szansa, że do maja uda mi się przygotować. A w sierpniu mam zamiar wystartować w biegu z przeszkodami, czyli Runmageddonie. To wprawdzie nie ultra, bo pokonuje się zaledwie 12 km, za to nie brakuje czołgania, wspinania, błotnych zjeżdżalni i tego typu spraw.
– Sukces maratoński uczciła Pani z mężem. Biegacie czasem razem?
– Nie… Stasiu jest rowerzystą i czasem towarzyszy mi na rowerze. Pasuje do niego ta pasja, bo uwielbia wszelakie urządzenia. Jest prawdziwą złotą rączką, człowiekiem do zadań specjalnych i pomaga wszystkim sąsiadom, u których coś się zepsuje. Mówię na niego ,,MacGyver”.
– Czyli pozostaje Pani samotność długodystansowca.
– Niekoniecznie, bo udało mi się namówić na bieganie moją siostrę, Maję. Razem wystartowałyśmy w Biegu Mikołajkowym. Z kolei mój mąż zabiera Maję na 50-, 60-kilometrowe przejażdżki rowerowe.
– Wysportowana rodzina!
– A jak! Dodam, że skrzyknęłam kilkunastoosobową grupę ze Złotnik, z którą chodzę po gminie i okolicach z kijkami. Potrafimy tak przemaszerować nawet i 17 km!
– A kiedy nie uprawia Pani sportu, to…
– Uprawiam róże. Moje krzewy różane są zresztą słynne w całej wsi, ludzie przychodzą je oglądać. A zimą, kiedy w ogrodzie nie ma co robić, siedzę w domu i szydełkuję.
– Pewnie z kotem na kolanach?
– A żeby pan wiedział! Zaopiekowałam się kiedyś pięcioma bezdomnymi kociętami, z których większość rozdałam, ale jeden, biało-szary został u mnie. Ma na imię Kitek. Żeby było zabawniej trafił do domu, w którym były już trzy psy.
– Psy go zaakceptowały?
– To on zaakceptował psy! I to on dyryguje całą tą menażerią! Pół biedy, że rządzi maleńkim yorkiem Dyziem, który formalnie należy do siostry, ale to ja się nim opiekuję. Jednak mamy jeszcze dwa całkiem spore cocker-spaniele, rudą mamę Lenę i czarną córkę Lucka.
– Lucek? Czy to nie męskie imię?
– Niby tak, ale to Lucek od angielskiego słowa lucky, czyli szczęśliwa.
– I rzeczywiście towarzyszy jej szczęście?
– Raczej tak. Lucek ma dziwne upodobania. Kiedyś napiła się domestosu. Przeżyła, więc chyba można mówić o szczęściu.
– Nawet na pewno. Tak w ogóle, to niezły zwierzyniec. Pani córka ma szczęśliwe dzieciństwo.
– Julia jest wspaniałą dziewczyną. Po komunii powiedziała, że chce oddać swoje długie włosy dla fundacji Rak’n’Roll. I oddała 30 cm. Za kilka lat, kiedy już odrosną, znów chce oddać!
– Jest dobrym człowiekiem. I pewnie sportsmenką, jak mama?
– Nie do końca. Biegać nie chce, nie interesuje jej to. Na rower nie wsiada, bo ma traumę. Kiedyś przejażdżka zakończyła się upadkiem i w efekcie drutowaniem ręki. Za to jest bardzo chętna, żeby zacząć ze mną morsować.
– Życzę więc mamie i córce wspaniałych, zimnych kąpieli!

Rozmawiał Krzysztof Ulanowski

Triumfatorzy maratonu
Zwycięzcą ubiegłorocznego maratonu poznańskiego został Kenijczyk Terer Dickson, który pokonał 42 km 195 m w czasie 2:16:58. Kolejne miejsca na pudle zajęli Amerykanin Christopher Zablocki i Litwin Mindaugas Virsilas. Litwini w ogóle przyjechali do stolicy Wielkopolski silną ekipą; w pierwszej dwudziestce maratończyków znalazło się aż trzech obywateli tego niewielkiego kraju. Najszybszym Polakiem okazał się poznaniak Marcin Fehlau. Najszybszym mieszkańcem Suchego Lasu był Witek Nowacki, który dotarł do mety w czasie 2:44:19. Drugim mieszkańcem naszej gminy, który przeciął linię mety, okazał się raper Jacek „Mezo” Mejer (2:48:32). Sołtys Ewa Korek przebiegła królewski dystans w czasie 5:16:18.