Nie powinno się realizować politycznych celów za wszelką cenę

Z Michałem Przybylskim, przewodniczącym klubu Gmina Razem, rozmawiamy o genach lidera, pracy społecznej, estetyce sprawowania władzy, przyczynach sporu z wójtem, politycznych planach na przyszłość i łąckiej śliwowicy.

– W jaki sposób Michał Przybylski trafił do gminy Suchy Las?
– Pochodzę z Jarocina, dzięki czemu mamy wielu wspólnych znajomych z wójtem, który pochodzi również z tych okolic. W Jarocinie mieszka moja mama i siostra, która przez jakiś czas była wiceburmistrzem tego miasta. Po maturze przeniosłem się do Poznania, gdzie studiowałem na Akademii Ekonomicznej oraz na Wydziale Nauk Społecznych UAM. Na studiach poznałem żonę Alicję. Żona pochodzi z Łasku, małego miasteczka koło Łodzi znanego z lotniska. Jej ojciec był tam pilotem samolotów myśliwskich. W drugiej połowie lat 70. rodzina mojej żony trafiła do Poznania. A 13 lat temu wybraliśmy na miejsce zamieszkania Złotniki, bo tu właśnie znaleźliśmy działkę w granicach naszych możliwości finansowych. Poza tym chcieliśmy zbudować domek gdzieś blisko Piątkowa, gdzie mieszkaliśmy do tej pory.
– Skoro pochodzi Pan z Jarocina, to pewnie bywał Pan na słynnych festiwalach?
– Jakżeby inaczej! Nawet sezonowo pracowałem przy organizacji tych imprez. W latach 80. to był jedyny taki festiwal, ze specyficzną atmosferą. Teraz go wprawdzie reaktywowano, ale to już nie to. W tamtych czasach większość ważnych zespołów rozpoczęła swoją karierę właśnie w Jarocinie. Sam słuchałem m.in. TSA, Dżemu, Martyny Jakubowicz, Arbiter Elegantiarum, RSC czy mało znanej, wschodzącej gwiazdy Maanam.
– W Poznaniu pracował Pan w oświacie.
– Pod koniec studiów zostałem dyrektorem szkoły niepublicznej w Poznaniu, pewnie najmłodszym w Polsce. Ten awans umożliwiła mi rewolucja przełomu lat 80. i 90, dzisiaj byłoby to absolutnie niemożliwe. Ciekawe doświadczenie – w wieku bodajże 26 lat, w jednej chwili, musiałem zmienić się z beztroskiego studenta w poważnego dyrektora, który zarządza sporą gromadką ludzi. Odtąd nieprzerwanie zawiaduję różnymi instytucjami oświatowymi i szkoleniowymi. Kierowałem też dużymi projektami unijnymi z obszaru e-learningu. W międzyczasie kończyłem studia podyplomowe z zarządzania i informatyki na Akademiach Ekonomicznych w Poznaniu i Katowicach. W informatyce ciągłe poszerzanie wiedzy to norma.
– Można Pana nazwać urodzonym liderem?
– Liderem to chyba nie, ale politykować lubiłem, np. zasiadałem w pierwszym studenckim parlamencie UAM, z ramienia NZS-u, który podobnie jak parlament, w tamtym czasie nie był jeszcze organizacją legalną. Może to geny. Mój dziadek za politykowanie przesiedział sporo czasu w stalinowskich więzieniach.
– W Złotnikach też Pan od razu zaczął działać społecznie?
– Zawsze się gdzieś udzielałem. W podstawówce, w szkole średniej, a na studiach byłem starostą roku. W Złotnikach zostałem wybrany do Zarządu Osiedla. A przewodniczącym zostałem po tym, jak mój poprzednik, Staszek Jezierski, wyprowadził się do Warszawy. Byłem jedynym kandydatem, a do kandydowania namówili mnie inni członkowie zarządu.
– A skąd pomysł na kandydowanie do Rady Gminy?
– Zarząd Osiedla ma ograniczone kompetencje i możliwości. Jako radny gminny mam większy wpływ na otaczającą mnie rzeczywistość w całej gminie, a zatem także w Złotnikach. Chciałem skończyć z paraliżem inwestycyjnym na moim osiedlu. Mam na myśli inwestycje komunalne: drogi, chodniki, wodociągi, kanalizację itp. Przyczyną mojej decyzji była też lokalizacja szkoły. Moim zdaniem szkoła powinna znaleźć się w Złotnikach, a nie we wschodniej części Suchego Lasu. Ta sprawa spowodowała, że znalazłem się w opozycji w stosunku do wójta. Zrozumiałem też wtedy, że słuszne cele można realizować tylko w grupie podobnie myślących ludzi. Zaczęliśmy więc z mozołem budować polityczny team, który ma zmienić sucholeską rzeczywistość.
– Zaskoczył Pana wyborczy sukces Waszego komitetu?
– Nie. Wręcz przeciwnie, liczyłem na więcej. Na sukces pracowaliśmy przez dwa lata. Nie sprzyjały nam natomiast jednomandatowe okręgi wyborcze, jako że tam, gdzie byliśmy silniejsi, wygrywaliśmy zdecydowanie, a tam, gdzie mocniejsi okazali się nasi konkurenci, przegraliśmy niewielką liczbą głosów. Ostatecznie komitet Gmina Razem uzyskał tę samą liczbę mandatów, co stronnicy wójta, choć głosowało na nas dużo więcej wyborców.
– Macie jednak koalicjanta.
– Tak, z Inicjatywą Mieszkańców współpracowaliśmy już przed wyborami. Doskonale się rozumieliśmy. Wybór Małgorzaty Salwy-Haibach na przewodniczącą rady okazał się znakomitym pomysłem. Pani przewodnicząca jest właściwą osobą na właściwym miejscu. Dobrze, że to radna z najmniejszego klubu, bo jej rolą jest pełnienie funkcji koncyliacyjnej. Poza tym Małgorzata Salwa-Haibach osiągnęła najlepszy wynik wyborczy ze wszystkich radnych. W wielu samorządach tradycyjnie taka osoba zostaje szefem rady.
– Zamierza być Pan radnym także i w następnej kadencji?
– To dopiero za 2,5 roku, wiele może się jeszcze zdarzyć, zarówno w życiu osobistym, jak i zawodowym. No i wybory trzeba wygrać. Póki co biorę pod uwagę start, ale za wcześnie, żeby deklarować się na 100 proc.
– Nie wybiegajmy więc na razie w przyszłość. Jako przewodniczący tego większego z dwóch koalicyjnych klubów jest Pan dziś jedną z najpotężniejszych osób w gminie. Odczuwa Pan z tego powodu satysfakcję?
– To władza nieformalna, która nie daje satysfakcji, nakłada natomiast brzemię odpowiedzialności. Proszę też pamiętać, że działamy w wymiarze uchwałodawczym i konsultacyjnym, nie mając wpływu na sferę wykonawczą. Tak naprawdę wybory wygrały obie strony. Trzeba o tym pamiętać i się ograniczać, nie generować działań destrukcyjnych, które mogłyby paraliżować normalną pracę na rzecz mieszkańców. Z drugiej strony trzeba też mieć świadomość, że dotychczasowy absolutyzm władzy się już skończył. Wójt jest, co prawda, inteligentnym człowiekiem, ale bardzo powoli dojrzewa do tej konstatacji.
– Sympatycy wójta zarzucają Wam, że nie widzicie, że gmina Suchy Las się rozwija.
– Widzimy. Rozwój jest niezaprzeczalny, jednak nie na miarę olbrzymiego budżetu, porównywalnego z budżetem trzy razy większego Jarocina. To jest istota sporu. Buduje się u nas pomniki władzy, a spora część gminy nie jest jeszcze skanalizowana. To zresztą grzech wielu samorządów, a jego źródłem była, w poprzedniej perspektywie finansowej, łatwość uzyskania pieniędzy ze źródeł unijnych. Wiele gmin pobudowało np. aquaparki, do których teraz trzeba dopłacać, bo jest ich tak dużo, że przestały być atrakcją. Obiekty zbudowane w Suchym Lesie oczywiście akceptujemy, chcemy tylko, żeby inwestycje takie były właściwie finansowane i lokalizowane. Na przykład szkoła przy ulicy Konwaliowej, to przecież nie partnerstwo publiczno-prywatne, tylko dzierżawa. Skoro placówka już powstała w tym miejscu, to lepiej było ją sfinansować po części ze środków własnych, a po części z kredytu. Tyle, że gmina była już bardzo zadłużona; w 2013 r. dług przekroczył 60 proc., a dalsze zadłużanie groziłoby zarządem komisarycznym.
– Czy możliwa jest współpraca Rady Gminy z wójtem?
– Taka współpraca przecież jest. Uchwalamy chyba ponad 90 proc. projektów uchwał wnoszonych przez wójta. Zgłaszamy też jednak swoje projekty. W mojej ocenie dziś wójt coraz lepiej rozumie, że powinniśmy być partnerami. Bo na początku przez jakiś czas próbował nas ignorować. Ludzie są zmęczeni politycznymi sporami w Polsce, więc na dłuższą metę nie zaakceptowaliby takowych w swoim najbliższym otoczeniu. W najbliższych wyborach elektorat nagrodzi tych, którzy są zdolni do porozumienia. Tylko 5 – 10 proc. wyborców to ludzie nastawieni na walkę. Większość ceni umiar.
– Nocne posiedzenia Sejmu zostaną źle zapamiętane?
– Pewnie tak, niezależnie od tego, czy przyjęto wówczas dobre czy złe ustawy. Swoje działania w sferze publicznej należy oceniać również w kategoriach estetycznych. Trzeba uważać nie tylko na treść tego, co się robi, ale także na styl i formę. Nie powinno się forsować rozwiązań siłowych dlatego tylko, że ma się większość. Na dłuższą metę obywatele tego nie zaakceptują. Podsumowując: nie należy za wszelką cenę realizować celów politycznych.
– Ale zdarzały się u nas uchwały przegłosowane jednym głosem przewagi.
– Tak, ale zawsze było to uzasadnione zdrowym rozsądkiem. Nie mogliśmy na przykład zgodzić się na monitorowanie wszystkich szambowozów, bo oznaczałoby to zgodę na zastosowanie zasady odpowiedzialności zbiorowej za niecne działanie jednego z przedsiębiorców. Nie mogliśmy pozwolić na przyjęcie miejscowego planu dla nowego osiedla w Złotnikach bez właściwych rozwiązań komunikacyjnych.
– Pytałem, czy chce być Pan radnym w następnej kadencji, bo ciekaw jestem, czy nie myśli Pan o kandydowaniu na wójta.
– Nie, ponieważ naszym kandydatem jest Michał Dziedzic. Owszem, w czasie ostatnich wyborów młody wiek mu nie pomógł. Trzeba jednak pamiętać o ogromnej różnicy w rozmachu i kosztach kampanii wyborczej. Inwestując w kampanię zaledwie kilka procent tego, co urzędujący wójt, zdobył prawie 40 proc. głosów. A kto wie, co będzie za trzy lata? Waldemar Pawlak i Aleksander Kwaśniewski mieli po trzydzieści kilka lat, kiedy sięgnęli po najwyższe urzędy w państwie, a i obecny wójt był ledwo po trzydziestce.
– Proszę na zakończenie powiedzieć, jaki jest Michał Przybylski prywatnie.
– Jest normalnym facetem. Mamy z żoną dwoje dorosłych dzieci. Syn Jakub jest prawnikiem, a córka Jagna absolwentką liceum im. Marii Magdaleny. Zamierza studiować architekturę. Moja żona jest nauczycielką języka angielskiego. Mamy też psa, suczkę o imieniu Luna, tybetańskiej rasy shih tzu. Wcześniej przez dziewięć lat mieliśmy labradorkę Toffi, którą niestety zabił kleszcz. Często jeździmy całą rodziną do Łącka, miejscowości pomiędzy Nowym Sączem a Nowym Targiem, najbardziej znanej z tego powodu, że wyrabia się tam słynną śliwowicę. Z okolic Łącka pochodzi mój teść, który zbudował tam dom, a następnie przekazał go córce. Lubimy tam spędzać czas, bo okolica jest wprost idealna na spacery. Można chodzić na wędrówki brzegiem Dunajca, ale lubimy też wchodzić na pobliskie szczyty. Korzystając z okazji, wszystkich mieszkańców naszej gminy serdecznie zapraszam do odwiedzenia gminy Łącko.
– Dokąd jeździcie, kiedy nie jeździcie do Łącka?
– Do różnych krajów Europy. Mamy ambicję odwiedzić wszystkie europejskie stolice, a jesteśmy dopiero w połowie. Dwa lata temu podróżowaliśmy po Bałkanach, więc odwiedziliśmy kilka tamtejszych stolic, w tym Prisztinę w Kosowie. W poprzednim roku odwiedziliśmy Rumunię i Mołdawię.
– Jakie wrażenia po wizycie w Kosowie?
– Zaskoczył mnie ten kraj, nie tylko ładnymi krajobrazami. W mojej ocenie jest tam bezpiecznie, a ludzie bardzo życzliwi i sympatyczni. Nie odniosłem wrażenia, że to twór sztucznie utrzymywany przy życiu. Da się natomiast zauważyć, że mieszkańcy marzą o zjednoczeniu z Albanią.
– A poza Bałkanami, jaki region w Europie należy do Pana ulubionych?
– Włochy, zwłaszcza ich północna część, do której z Polski bliżej. Podoba mi się Toskania, to jedno z najładniejszych miejsc w Europie. Lubię też wybrzeże Chorwacji, np. Dalmację. W tym roku wybierzemy się latem do Grecji, gdzie jeszcze nie byłem. Już dziś się zastanawiam, w jaki sposób dotrzemy do Aten (śmiech). Podróże do odleglejszych krajów Europy są ciekawe, ale zajmują dużo czasu. Zimą jeździmy na nartach u nas w kraju lub w Czechach.

Rozmawiał Krzysztof Ulanowski