Aleksander Doba powraca na Atlantyk

Siwa czupryna, równie siwa, potężna broda. Mimo siedemdziesięciu lat po scenie porusza się żwawo. Opowiada ze swadą. Aleksander Doba, bo to o nim mowa, wydaje się być wręcz wulkanem energii i dowcipów. W sucholeskim Centrum Kultury przez blisko dwie godziny opowiadał o swoim rejsie przez Ocean Atlantycki. W maju mieszkający, na co dzień w Policach, ale pochodzący ze Swarzędza kajakarz wypłynie na Atlantyk po raz trzeci.

– Pomożecie? – pytał licznie zgromadzonych w Suchym Lesie. W ramach peregrynacji po Wielkopolsce odwiedził też Puszczykowo, Poznań i oczywiście Swarzędz. Wszędzie wzbudzał sensację i zainteresowanie. W zbiórkę pieniędzy niezbędnych do zorganizowania wyprawy włączył się samorząd Swarzędza.
– Z budżetu gminy Swarzędz wesprzeć podróżnika nie możemy. Ale staraliśmy się zorganizować spotkania pana Aleksandra Doby z przedsiębiorcami z naszej gminy – mówi Barbara Czachura, przewodnicząca Rady Miejskiej Swarzędza. O popularności podróżnika świadczy między innymi akcja na portalu: „Polak potrafi”. W ciągu kilkunastu dni zebrano tam ponad 47 tys. zł. A potrzebnych jest 50 tys. zł. A jak twierdzi podróżnik im więcej uda się zebrać tym podróż będzie bezpieczniejsza.
Czy jednak podróż siedemdziesięcioletniego człowieka przez Atlantyk może być bezpieczna? Czy siedemdziesięciolatek podoła takiemu wyzwaniu?
Aleksander Doba przyznaje, że trzeci rejs kajakiem przez Atlantyk będzie najtrudniejszą wyprawą w jego życiu. Liczne spotkania z czytelnikami jego książek nie sprzyjają regularnemu treningowi.
On sam mówi, że nie jest sportowcem. Jest przede wszystkim turystą. Prowadzi aktywny tryb życia, jeździ na rowerze, ale treningi go nudzą.
W książce zatytułowanej: „ Na oceanie nie ma ciszy” rozwija te słowa. „Ja jestem turystą, a nie wyczynowcem, więc z założenia nie powinienem sobie szkodzić. Nawet, gdy chcę pobić rekord, to muszę to zrobić tak, by nie wrócić z zapaleniem mięśnia, czy większą kontuzją. Bo wtedy to zaprzecza idei kajakarstwa turystycznego.”

Hemingway byłby zaskoczony
A przecież na oceanie nie będzie lekko. W czasie spotkania w Suchym Lesie sam opowiadał o tym, jak wiosłem odpędzał rekiny. Mówił o latających rybach, które z prędkością nawet 90 km/h przelatywały tuż obok niego. Zdarzało się, że niektóre kończyły lot w kajaku. Bywało, że jadł surowe mięso ryb.
Słuchając tych opowieści trudno było oprzeć się wrażeniu, że ktoś taką postać wymyślił. Oczywiście, to Ernest Hemingway, który w opowiadaniu „Stary człowiek i morze” opisywał kubańskiego rybaka Santiago. Ale wyczyn Aleksandra Doby przerasta to, co opisał Hemingway, laureat Literackiej Nagrody Nobla.
Tym, co już zrobił, a przepłynął dwa razy Atlantyk, opłynął Bajkał, pływał po rzekach Ameryki Południowej, przepłynął Trójkąt Bermudzki, wpisał się do panteonu wielkich samotników. „Wodniacy” wymieniając największych żeglarzy wypowiadają jego nazwisko obok Leonida Teligi oraz Krzysztofa Baranowskiego. Dokonania mieszkańca Polic, urodzonego jednak w Swarzędzu, porównywać można z dokonaniami Marka Kamińskiego, Jerzego Kukuczki oraz Krzysztofa Wielickiego.
Tyle tylko, że wszyscy oni, dokonując swoich wyczynów, byli znacznie młodsi od Aleksandra Doby.
Czy to oznacza, że kajakarz Doba nie ma szansy przepłynąć po raz trzeci Morza Ciemności, jak nazywano w średniowieczu Atlantyk?
Życie pokazuje, że o naszym wieku nie decyduje wpis w dowodzie osobistym, ale nasze samopoczucie. Mając nawet 80 lat, czyli więcej od polskiego podróżnika można dokonać rzeczy niecodziennej. A taką jest wejście na Mount Everest. W maju 2013 roku na „dachu świata” stanął 80-letni Japończyk Yuichiro Miura. Było to jego trzecie wejście na ten szczyt. Pierwszy raz dokonał tego mając 70 lat. Następnie pięć lat później.
– Data w dowodzie mówi, że w tym roku skończę 70 lat, ale coś Wam zdradzę – czuję się czasami jak nastolatek. Lepiej żyć jeden dzień, jako tygrys, niż sto dni, jako owca – przekonuje Aleksander Doba.
Takie spontaniczne zachowanie uratowało go przed rekinami. Jak opowiadał w Suchym Lesie pewnego dnia, gdy słońce mocno mu doskwierało, postanowił wykąpać się w oceanie? Usiadł na kajaku okrakiem i zaczął pluskać nogami w wodzie. Nie minęło wiele czasu, gdy w pobliżu pojawiły się charakterystyczne płetwy. Od rekinów opędzał się, więc wiosłami.
Bywały i inne stworzenia, wcale nie agresywne, ale, przed którymi te musiał się bronić. Były to żółwie. Kajak na środku oceanu okazał się dla nich znakomitym miejscem do ocierania się. Jednak potężną skorupą mogły uszkodzić miecz kajaka. Dlatego i od ich towarzystwa musiał się nieco opędzać. Zupełnie inaczej było z delfinami. Widział i te szare i te srebrzyste. Jednak najbardziej zaskoczyły go delfiny różowe na rzece Hualaga w Brazylii.
– Gdybym chciał przepłynąć Atlantyk w kajaku 30 lat temu, to ludzie mówiliby, że zostawiam żonę i dzieci i jadę się zabić. A teraz? Emeryt, pasożyt społeczeństwa, jak zginie, to wielkiej straty nie będzie – żartuje.
A już tak na poważnie mówi, że chcę popłynąć, ale chce też, żeby wszystko było bezpieczne. – Nie mam tendencji samobójczych – dodaje.
Kolejna próba będzie znacznie trudniejsza. Trasa z Nowego Jorku do Lizbony wiedzie wodami chłodniejszymi od tych, na których już pływał. Będzie też narażony na większą liczbę burz i sztormów niż dotąd.

Fale wyższe od domów
W czasie poprzedniego rejsu przetrwał osiem sztormów. Najdłuższy trwał trzy doby. Fale osiągały 9 metrów wysokości.
– Starałem się poznać Atlantyk na długo przed wypłynięciem w rejs. Pytałem żeglarzy o te fale. A kiedy już znalazłem się w obliczu sztormu ustawiałem kajak dziobem pod wiatr i schowany w kabinie starałem się przetrwać. Nie walczyłem z falami opowiadał. Ale nie tylko wiatr dawał się kajakarzowi we znaki. Dokuczliwa była wszechobecna sól. Wżerała się w dłonie i stopy. Wyżerała wręcz ciało.
W czasie czternastotygodniowej podróży Aleksander Doba schudł 14 kilogramów. W ciągu doby wiosłował od ośmiu do dwunastu godzin. Na kajaku wszystko było poprzywiązywane. On sam też miał na sobie specjalną uprząż.

Trójkąt Bermudzki.
Tam zaczęły się problemy. Z powodu uszkodzenia steru i silnych prądów wody nadłożył dwa tysiące kilometrów. Jak to możliwe? Płynął w kółko. W końcu dotarł na Bermudy, gdzie usunął usterkę. Na pytania o to, czy boi się, że w trakcie rejsu zachoruje, odpowiada żartobliwie, że miał doskonale wyposażoną apteczkę, ale przecież tam na oceanie nikt nie mógł go zarazić żadną chorobą.
– Najwięcej ludzi umiera w łóżku. Ilu ludzi umiera kajaku? – Pytał w Suchym Lesie Aleksander Doba.

Kontakt z ludźmi?
– Zdarzyło się, że płynął prosto na mnie potężny statek. Nie miałem radiostacji, przez którą mógłbym nadać odpowiedni sygnał. Statek przepłynął 30 metrów obok mnie. Nikt nie pomachał, nie zawołał – wspomina Doba.
Jak opisuje w książce „Na oceanie nie ma ciszy” w Ameryce Południowej napadano go dwa razy. Bandyci celowali w jego stronę lufy pistoletów, grozili mu maczetami. Kajak plądrowali przez trzy godziny. Zrabowali mu telefony, nadajnik pozwalający ustalać położenie kajaka, aparat fotograficzny, kartę ze zdjęciami, wśród których było to z jaguarem w dżungli. Zabrali też kompas, latarki i wiele innych potrzebnych w podróży przedmiotów.

Jak pomóc?
Jak mądrze pomóc człowiekowi ogarniętemu pasją dokonania czegoś, co przerasta nawet ocean?
– Przez cztery miesiące będę sam na sam z przyrodą, potężnymi sztormami i lodowatą wodą – bez pomocy z zewnątrz, polegając wyłącznie na sile własnych mięśni – właśnie, dlatego potrzebuje zapasowych urządzeń: elektrycznej odsalarki, systemu ostrzegającego o możliwości kolizji, paneli słonecznych, GPS-ów i telefonów satelitarnych – tłumaczy.
Wyprawa kosztuje 400 tysięcy złotych. Potrzeba jeszcze około 50 tys. złotych.
– Jestem emerytem i trudno mi zebrać wystarczające środki materialne. Nie, żebym nie próbował – walczę o moje marzenie każdego dnia, oszczędzając, szukając sponsorów i nawiązując partnerstwa – mówi Aleksander Doba.
Za pieniądze, jakie w ramach akcji „Doba. Kajakiem przez Atlantyk” zbiera portal polakpotrafi.pl podróżnik chce kupić:
- odsalarkę elektryczna Katadyn E-40 za 20 tys.zł,
- AIS – system ostrzegający o możliwości kolizji za 17 tys zł, panele słoneczne kosztujące 7 tys.zł,
- trzy sygnalizatory GPS za 4 tys.zł,
- dwa radiotelefony UKF za 2 tys.zł.
– Potrzebuję Ciebie, sam tego nie dokonam. To jest nasz wspólny cel i jeśli plan zrealizujemy to będzie to znów pierwszy taki sukces. Znów rozsławimy Polskę i będziemy dumni, że mogliśmy być razem – apeluje Aleksander Doba do ludzi odczuwających podobnie jak on.
– Potrzebuję nie tylko Twojego materialnego wsparcia, ale też duchowego – słowem, dobrą myślą. Wówczas tam na oceanie będę miał więcej sił, by wiosłować dla siebie, dla Ciebie, dla Polski – dodaje.
– Wybrać się tam, gdzie jeszcze nie byłem, to dla mnie jest magnes – Aleksander Doba.
RAD

Kajakarz z Polic przepłynął

  • Polskę po przekątnej z Przemyśla do Świnoujścia – 1189 km w 13 dni (1989 rok)
  • Nysę Łużycką od styku granic Polski, Czechosłowacji i Niemiec, aż do ujścia Odry, którą wrócił do Polic (1991 rok)
  • jako pierwszy w historii przepłynął wzdłuż całego polskiego wybrzeża (1991 rok)
    pokonał kajakiem całą Wisłę (1992 rok)
  • kajakiem przez Niemcy i dookoła Danii z Polic do Polic – 55 dni, 2719 km (1998 rok)
  • kajakiem dookoła Bałtyku z Polic do Polic – 80 dni, 4227 km (1990 rok)
  • kajakiem za koło podbiegunowe północne z Polic do Narwiku – 101 dni, 5369 km (2000 rok)
  • jako pierwszy kajakarz opłynął Bajkał – 41 dni, 1954 km (2009 rok)
  • w 2011 roku pokonał trasę Senegalu do Brazylii liczącą 5394 km. To najwęższy odcinek oceanu między dwoma kontynentami. Zajęło mu to 99 dób.
  • druga wyprawa transatlantycka odbyła się w roku 2014. Rozpoczął ją w Lizbonie, a zakończył na Florydzie. 12 427 km przebył w ciągu 167 dób.